oherezjan-pecador | e-blogi.pl
Stworzenie. Nim Sanhedryn przeminie 2016-02-24

Stworzenie. Nim Sanhedryn przeminie.


Panie, jeśli osiągnąłem już dno,


to spraw, by nie było muliste.


(Modlitwa alkoholika)


 Nie dawno Internet obiegła krzepiąca wiadomość, że NASA odkryła „bliźniaczą Ziemię”. Robocza nazwa kosmicznego obiektu to Kepler452b.



Kościół słowami dyrektora Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego, niejakiego Jose Gabriel Funes (może kardynał) wyraził radość z odkrycia, ale Funes dodaje zaraz żartobliwie: „Nie sądzę, że spotkamy kapitana Spocka (Start Trek) i dodaje dalej, że Bóg mógł stworzyć planetę na której istnieje życie, ale nie oznacza to, że istnieje drugi Jezus... (jednak kardynał, bo skąd by wiedział).



Celowo rozpocząłem moje rozważania od tej informacji, oraz reakcji Jose Gabriela (cóż za piękne anielskie imię), bo owa reakcja, niby dowcipna, niby rzeczowa, obrazuje stosunek Kościoła do nauki. Jest on tradycyjnie sceptyczny, delikatnie rzecz ujmując.



Zacznijmy od początku, a na początku, jak wiemy, była ciemność. Wytłuściłem owe określenie, gdyż funkcjonuje ono w nauce i oznaczona nim jest np. ciemna materia lub ciemna energia, a także ciemna strona księżyca. Określenie w ten sposób części Kosmosu nie oznacza, że jest on ponury, złowrogi, czy wraży, lecz po prostu nieznany, niezaobserwowany.



A więc na początku była ciemność. Na początku, czyli nie tak dawno, bo jakieś niecałe 13 mld lat temu. Zakładając oczywiście, że czas jest i był wartością stałą, a to może być złudne założenie, zwłaszcza, że czas jest pojęciem metafizycznym, a przestrzeń ciągle przecież się rozszerza. Izotop cezu drga ze stała prędkością(?). Śmieszne, prawda? Wszystko w przyrodzie jest zmienne, a on, wibruje od zarania ciągle tak samo(?).



Tak naprawdę potrzebujemy jakiegoś stałego odniesienia do procesów, w których uczestniczymy i które określamy czasem i przestrzenią. Czy materia w swych niezmiernie bogatych formach drga, czyli wibruje, zawsze tak samo? Miliard, dwa miliardy lat temu?, kiedy Wszechświat był, że tak powiem, bardziej gęsty?



U Boga nie istnieje ani czas ani przestrzeń, które ograniczają i jednocześnie inspirują nasze działania.



Profesor Micho Kaku (Universiti New York), fizyk teoretyk, gość mocno medialny, który hołduje teorii strunowej budowy Wszechświata, powtarza za twórcą tego pojęcia, że Wszechświat powstał w wyniku Wielkiego Wybuchu ok 12,7 mld lat temu. W pierwszym miliardzie Wszechświat był wielkości piłki golfowej. Panowały w nim niewyobrażalne ciśnienie i temperatura miliardy razy większa niż ta wewnątrz Słońca. W drugim miliardzie był wielkości futbolówki, w trzecim wielkości boiska, potem galaktyki, itd. To jest oczywiście teoria i na dodatek przedstawiona bardzo obrazowo, ale tym charakteryzują się wypowiedzi Kaku, że są zrozumiałe.



W Biblii czytamy o kolejności w tygodniowej kreacji Boga, zwieńczonej ukontentowanym odpoczynkiem w dniu siódmym. To jest również obrazowe przedstawienie procesu stwarzania, ponieważ to co rzekomo czynił Stwórca, od poniedziałku do soboty, jest również obrazowe i tak: pierwszego dnia Bóg stworzył niebo i ziemię, drugiego oddzielił wody od sklepienia, trzeciego rośliny, czwartego stworzenia morskie, piątego zwierzęta, a następnie człowieka.



Nie ma potrzeby dopasowywać Boskiej sześciodniowej projekcji stwarzania do tych prawie trzynastu miliardów lat, o których mówią naukowcy. Zwłaszcza, że inni naukowcy powiadają, że to tylko, uwaga (!) 6 miliardów, co odliczając po jednym miliardzie, odpowiadałoby sześciu dniom Boskiej kreacji. Wszyscy oni operują miliardami lat niczym sekundami. Można tylko zastanawiać się, czy ten cudowny Boski pierwiastek życie, mimo że istnieje od zawsze, dostarczony został któregoś dnia stwarzania Wszechświata, czy lokował się już w punkcie „0” Wielkiego Wybuchu (WW)?



Wszechświat ciągle „rośnie”. Rozszerza się z ogromną prędkością. Jedne gwiazdy gasną przekształcając się w karły, inne rodzą się objawiając potęgę grawitacji i sił elektromagnetycznych. W tym sensie stworzenie trwa nadal, a my znajdujemy się, być może, na początku siódmego dniu Wielkiej Kreacji, a Boski zegar wskazuje jeszcze wczesne przedpołudnie.



Na razie, dla dalszych rozważeń, postawmy następujące pytanie:



Co stanie się ze Wszechświatem i wszelkimi istotami w nim umieszczonymi, kiedy Stwórca zakończy odpoczynek? Co stanie się z nami po biblijnym dniu siódmym?



Według przekazów zapisanych w księgach wedyjskich istnieje mnogość wszechświatów, które pojawiają się i znikają niczym bańki na Atlantyku, a Stwórca „rodzi” je i „wchłania” w Siebie z każdym Swoim oddechem.



A co na to nauka? Nauka potwierdza, a właściwie należałoby użyć słowa: podejrzewa, bo są to sfery naukowych przypuszczeń dopiero wymagających potwierdzenia, iż istnieje niezliczona ilość wszechświatów. Nauka stworzyła logiczną teorię Wielkiego Wybuchu (WW) i potwierdza, że nasz Wszechświat rozszerza się z ogromną prędkością i w sposób cyrkilczny, albo od-ośrodkowy, poczynając od punktu „0”. Tak więc określenie, że Wszechświat jest nieograniczony, jest parametrem obrazowym, sprzecznym z teorią WW i jego centralnym środkiem - „0”. Wszechświat, zgodnie z teorią WW, musi mieć swoje obrzeża, lecz tak odległe, że na razie nasze najnowsze teleskopy do tych obrzeży jeszcze nie sięgają.  Czy zdążymy, przed końcem dnia siódmego?



Skoro Wszechświat rozszerza się z ogromną prędkością, to nasze super-teleskopy i nasze poznanie, powinny osiągać swój techniczny zasięg, także z ogromnym technologicznym przyspieszeniem. Właściwie powinny wyprzedzać kosmiczny pęd, wiedząc, że nastąpi moment, kiedy Wszechświat zacznie zwalniać, aż zatrzyma swoje rozszerzanie, po czym zacznie się proces odwrotny - nazwijmy go obrazowo kurczeniem, czyli wchłanianiem.    Czy zatem grozi nam niebawem kosmiczny koniec? A gdzież tam! Wszak cały czas „poruszamy” się w kosmicznej czasoprzestrzeni odmierzanej miliardami lat!



Wedy w tej kwestii są bardziej precyzyjne w odniesieniu do długości bytu poszczególnych epok w czasie trwania wszechświatów. Obecna epoka nazywana Kali-yugą jest ostatnią i trwa od pięciu tysięcy lat. Jej czas całkowity to 432 tysiące lat. Kali-yuga charakteryzuje się upadkiem obyczajów: fałszywa prawości, upadek moralności, zanik praktyk religijnych, a cnoty uważane są za śmieszny przeżytek. W czasie tej epoki zmieniać się mogą cywilizacje w sposób bardziej, lub mniej przewidywalny, ale to jeszcze nie koniec świata!



Żaden Armagedon, Kalendarz Majów i inne Apokalipsy w najbliższej przyszłości nie grożą kosmosowi w którym bytujemy. To medialna fantazja obliczona na uzyskanie szmalu ze straszenia nas katastroficznymi wizjami. Lubimy się bać, bo to nasz pierwotny instynkt „wczesnego wykrywania”. Nasi mądrzy bracia Amerykanie za wczsu wykupują silosy po rakietach nuklearnych, budują schrony przeciw-armagedonowe i robią wszelakiego rodzaju zapasy. Tacy hobbiści, których stać na fanaberie. Chociaż (!), gdy Noe budował arkę, inni pukali się w czoło.



Jakieś 12,7, a może tylko 6 mld w punkt „0” Stwórca tchnął energię - energie, które spowodowały WW. Wybuch, czyli eksplozja to raptowne spalanie materiału w nieodzownej obecności czynnika podtrzymującego spalanie, a więc tlenu (każdy saper to wie, ja także). Krótko: jest to raptowna zamiana materii w energie: światło, ciepło itd. Tymczasem w punkcie „0” doszło do reakcji zupełnie odwrotnej, nieosiągalnej dla naszej nauki nawet w warunkach laboratoryjnych. Energia została zamieniona w materię. Przed „0” nie było czasu i przestrzeni,dwóch czynników, które wraz z elektro-grawitacją tworzą fizykę.



Doświadczenie z 4 lipca 2012 roku zainicjowane w Wielkim Zderzaczu Hadronów potwierdziło istnienie bozonu Hinggsa. Uczony czekał na to podniosłe zdarzenie ponad trzydzieści lat i twierdzi, że to największe szczęście, jakie go dotknęło. Inny fantasta o nazwisku Lem nie doczekał najnowszego potwierdzenia, że neutrimo posiada masę, a mimo to przenika przez każdą materię zupełnie swobodnie. I za to Nobel! (trochę szkoda Lema)



Poważny krok w kierunku poznania Stwórcy od strony nauki został zrobiony, a to co przed punktem „0” naukowcy pięknie, choć zachowawczo, nazwali - Stanem Grawitacyjnej Osobliwości. Nazywajmy jak chcemy, ale piszemy to wielkimi literami.



W tym momencie nasuwa się pytanie dość fundamentalne dla zwolenników „oka i szkiełka”, mianowicie czy możliwe jest osiągnięcie Stwórcy, poprzez poznawanie Jego dzieła metodami nauki z pominięciem wiary, nadziei i miłości? Oczywiście, że tak. Obie drogi są poprawne, ale nauka podąża drogą przypominającą mocno wygięty łuk, a poznanie na drodze miłości, nadziei i wiary jest tego łuku cięciwą.    Prof. Stephan Hawking, na stałe „przykuty” do wózka inwalidzkiego, (a ze swoją chorobą od trzydziestu lat nie powinien żyć), twierdzi, że Wielki Wybuch od punktu „0” do chwili obecnej, to tylko czysta fizyka.



Pewnie, że tak(!), ale przed punktem „0” nie było fizyki, a wszelkie prawa spoczywały w Nim. W punkt „0” została dostarczona energia - energie skondensowana do niewyobrażalnej mocy i stał się Wszechświat z wszelkimi prawami, życia, biologii i fizyki także.



Strunowej budowy Wszechświata jakoś nikt nie potrafi wyjaśnić obrazowo, nawet taki zwolennik tej teorii jak prof. Brian Green (Collumbie Universiti), a teoria o niezliczoności Wszechświatów, która dość niedawno zaistniała w nauce, a wcale nie jest nowa. Pięć tysięcy lat temu Awatar przekazał takie wiadomości swojemu kuzynowi Arjunie:



 „... istnieje niezliczona ilość Wszechświatów, o Arjuno, które pojawiają się i znikają niczym bańki na Atlantyku.”



(Bhagawad-Gita, Mahapharata, Srimad Bhagavatam)



PS  Śledzenie badań nad teorią pochodzenia życia, dowodzą, że najbliżsi „odkrycia” praw Oceanu Przyczyn są fizycy i astrofizycy właśnie, zaś najodleglejszą grupą nauki jest medycyna, a pewien mój znajomy (chirurg-onkolog), stwierdza jednoznacznie, że nigdy nie natknął się na, choćby najdrobniejszy okruszek ludzkiej duszy, zatem: życie to chemia.



Empiryczna ocena życia, podobnie jak opis budowy świata połączonego, jak to byśmy dzisiaj naukowo powiedzieli, (by nie zrazić onkologa), z Centrum Energii Kosmicznej, przy pomocy gun czyli, tłumacząc z sanskrytu – sznurów, znalazł potwierdzenie w teorii strunowej.



Być może wielka kultura starożytnych Indii nie znała harfy i innych instrumentów szarpanych. Stąd struny zastąpiono sznurami.



Czy nasz Kościół powinien wyczekiwać na potwierdzenia odkryć nauki i przekazów z innych religii? Czy, raczej, powinien skorzystać z osiągnięć nauki i objawień innych religii, dla przełamywania barier, które sam stworzył bzdurnymi doktrynami i niedorzecznymi kanonami? Czy odstąpienie od ciągle olbrzymiej władzy biskupów, wytyczających kierunek Kościołowi poprzez autorytatywne ciało, jakim jest Episkopat, może zaszkodzić Kościołowi? Czy jest możliwe w ogóle? Czy coraz częściej ujawniana deprawacja kardynałów z najbliższego otoczenia Franciszka nie zaszkodzi jemu samemu?



Jakiś czas temu przeczytałem tytuł: „Polscy biskupi coraz młodsi”, a kilka dni później ten sam portal opublikował skład delegacji polskich biskupów na obrady do Watykanie i tak: abp Godecki (67l), Głodź (71l), Hose (77l). no  proszę jacy młodzieńcy znaleźli się w Watykanie.


 


o. Herezjan - pecador


Religia i wiara 2016-02-03

Religia i wiara w sposób zrozumiały


 


Panie,.ześlij mi jakiegoś Cyreneczyka


bo nie mogę unieść mego krzyża


(modlitwa człowieka powalonego)


 


Zaszeregowanie tekstów Starego Testamentu do miana mitologii zdaje się być usprawiedliwioną oceną. Nie da się wybronić znanych, choćby z lekcji religii, opisów starotestamentowych, które trącają niedorzeczną i sprzeczna retoryką z obecnym stanem wiedzy i świadomości społecznej. Nie można zaakceptować Boga jako militarnego stratega popychającego lud Izraela do wojennych okropności, lub mistrzowskich taktyk wojskowych (Sdz 7, 16-22), albo taki fragment z pieśni Debory (Sdz 5, 26):


Lewą ręką sięgnęła po palik, prawą – po ciężki młot. Uderzyła Siserę, zmiażdżyła mu głowę.


Takie okropności przeniosły się do naszych czasów i dzieją się w skali zwielokrotnionej, ale są wytworami nas samych. Nikt, oprócz naszych ludzkich podłości nie popycha nas do działania. Nikt nam nie wytycza i poucza. Żaden bóg Izraela, Rzymian, czy Wikingów.


Otrzymaliśmy od Stwórcy wolną wolę, która definiuje nasze doczesne poczynania. Konsekwencją tych poczynań jest nasz status w każdym następnym życiu, który także jest wynikiem poprzednich żywotów. Bóg jest wspaniałym pedagogiem ludzkości. Nie okazuje zniecierpliwienia i niestrudzenie łagodzi skutki naszych poczynań, mimo, że najczęściej nie dostrzegamy, bądź nie rozumiemy Jego subtelnej ingerencji w zdarzenia życia i traktujemy je jak zbieg okoliczności, szczęśliwy traf. Jednocześnie w naszym ziemskim życiu, w całym Wszechświecie, nie ma przypadku. Wszystko jest harmonijnie uporządkowane, ale ilość zdarzeń jest tak wielka, a ich forma jest tak różnorodna, że przekracza to nasze zdolności poznawcze. Dlatego nauka początkowo przyporządkowała otaczające nas zjawiska, ich zależności i nazywała je chaosem pierwotnym. Określenie to zastąpiono uporządkowanym chaosem, ale i to określenie zostało szybko zapomniane, bo to taka sama niedorzeczność jak bezdeszczowa ulewa, albo chłodny upał...


Nasze zdolności poznawcze materialnej rzeczywistości ogranicza pięć zmysłów, w które zostaliśmy wyposażeni. Poprzez naukę, ustawicznie poszerzamy zakres poznań dzieła Stwórcy. Wiemy co skrywają mgławice, jak powstaje supernowa, co to jest bozon, teoria strunowa budowy Wszechświata, no i mamy najpotężniejszy wynalazek ludzkości - Internet. Poznanie i wzrost cywilizacyjny zawdzięczamy naszej nieskrępowanej woli tworzenia. W ten sposób powstał napalmem, bomba atomowa, komory gazowe, gułagi, Czarnobyl, choroba krów, AIDS itd.


Koszmarna rzeczywistość? - tak, ale rzeczywistość! Rzeczywistości nie da się zmienić, można ją jedynie ubarwiać, co czynimy ochoczo zrzucając odpowiedzialność za zło przez nas czynione, na czynniki pozaludzkie. To taki swoisty paradoks - mimo wolności danej nam przez Stwórcę, oskarżamy Go o bezduszność, kiedy przygniatają nas ciężary życia stworzone przez nas samych. Powiadamy: Bóg tak chciał; albo lepiej: Szatan mnie podkusił.


Zapominamy, że to my, codziennym życiem, wykuwamy nasz los własny i zbiorowy, w myśl bożego przykazu: Czyńcie sobie Ziemię poddańczą. Konsekwencją naszych działań jest wzrost cywilizacyjny, podnoszący naszą świadomość do wyższego bytu, ale także konsekwencją, chociaż negatywną, są cywilizacyjne dolegliwości, będące wynikiem zwykłej ludzkiej zachłanności. Jedni się bogacą kosztem innych, a jeśli ci „inni”, cierpiący nędzę i upokorzenia i szukający schronienia, pukają do naszych dostatnich siedzib, to my im mówimy NIE!, bo ci „inni” są inni i inaczej się modlą i do innego Boga, tylko chleb powszedni spożywają tak samo jak my. Przypomnę:


Nie ma i nigdy nie było dwóch Bogów. Żadna religia nie jest lepsza, ani gorsza. Wszystkie religie wywodzą się z tego samego pnia.


Różne religie zostały objawione w różnych czasach i w rożnych kulturowych epokach, dla przypominania nierozerwalnych więzów z Najwyższą Osobą Boga. Zostały niejako „dopasowane” do bogactw różnorodności życia. Wszyscy jesteśmy dziećmi jedynego Boga; czarni i biali, muzułmanie i katolicy, dobrzy i źli, święci i grzesznicy. Wszyscy.       To przemyślenie powinno być Maha-Mantrą naszych czasów, czasów człowieka wzniosłej kultury, czasów solidarności ludzkiej. Jeśli ten, czy inny biskup mówi inaczej i straszy Krzyżakami, to należy mu się zwykłe nieposłuszeństwo religijne i całkiem twarzowy wór pokutny! Wielkość cywilizacji, jej wzniosłość poznajemy po tym jak traktuje ona niepełnosprawnych, ubogich i tzw, „innych”. Czy jednak ci „inni” nie są odpowiedzialni za czyny ziomków strzelających do bezbronnych Francuzów, Anglików i Hiszpanów? Przecież zamachowcy żyli wśród nich, knuli i planowali zamachy, o których ich ziomkowie powinni choć trochę wiedzieć! Przecież zamachowcy musieli mieć, jeśli nie przychylność, to przynajmniej obojętne przyzwolenie własnego środowiska, jakby się zdawało, zakorzenionego w kulturze europejskiej. Czy zatem środowisko muzułmańskie nie powinno walnąć się w pierś i przystąpić do dzieła, którego oczekują mieszkańcy, być może zagubionej religijnie Europy. Mieszkańcy, którzy nieustannie, udzielają społeczności muzułmańskiej domowego wiktu? Chciałoby się rzec: panowie muzułmanie, załatwcie swoje sprawy i zapraszamy do współtworzenia europejskiego dostatku. Różnice religijne powinny nas jedynie łączyć. Bo one są sednem każdej religii, a podział religijny jest jedynie po stronie wichrzycieli.


Bóg Stwórca przedstawia się nam, poprzez nauki swojego Syna, jako Ten, który jest absolutną miłością, Ten, który dba o stworzenie z niewyobrażalną pieczołowitością (każdy nasz włos jest policzony), Ten, który wybacza zbłąkanym (przyp. o synu marnotrawnym) i Ten, który zapewnia nas o wiecznym z Nim i nierozerwalnym współistnieniu.


Nauki Chrystusa zostały zastąpione Oficjalnymi Naukami Kościoła, czyli że, Nauki naszego Mistrza oblepiono kanonami i dogmatami nieomylnych papieży, dla korzyści całego „kościoła świętego”. W ten sposób powstała cała masa wypaczeń wspartych na historii judaizmu, starożytnego Rzymu, czy szeroko pojmowanej kultury bizantyjskiej. Wykreślono ewangelie Marii Magdaleny, Judasza, Piotra... więcej, pozbawiono ewentualnej sukcesji rodowej apostołów i najbliższej rodziny Jezusa. Można by rzec: tych postaci nigdy nie było, wiec nic nie znaczą. Na czoło tworzącego się Kościoła wystąpili biskupi i diakoni, powołujący się na namaszczenie od samego Boga. (Pisze o tym św. Piotr w swojej ewangelii). Odcięto sukcesorów i skutecznie zajęto ich miejsca. Z Judasza uczyniono podłego zdrajcę, a z Marii z Magdali Jawnogrzesznicę, bo tak zadecydował cesarz? „Dalekowzroczność” polityczna Justyniana powinna się skończyć wraz z końcem średniowiecza, a jednak nadal trwa.


Jak ustrzec Nauki Chrystusa przed losem tekstów starotestamentowych, skoro „strażnicy” tej wiedzy nie są zainteresowani naszymi obawami? Jak powinien postępować Kościół, żeby ustrzegł się przed schyłkowością religii?


W Nowym Testamencie wyodrębnić można trzy nurty dotyczące sposobu przekazu informacji tam zawartych.


Primo. Sens Nauk Chrystusa, ich ponadczasowość, ocenić możemy dopiero teraz, bowiem odnoszą się one do naszych czasów bardziej niż kiedykolwiek.


Sekundo. Jezus, oprócz nauczania wprost, głoszonego niejako przy okazjach, np. nauka O prawdziwej wielkości (Mat. 18, 1-5), albo Nauka o tolerancji (Mar. 9, 37-41)


Tercjo. (że tak się wyrażę po łacińskiemu) Przypowieści. Czemu Nauczyciel odwoływał się do przypowieści, które po dwóch tysiącleciach nadal są aktualnymi naukami?


Odpowiedź: Bo są proste dla człowieka prostego.


Dostępność ewangelicznych tekstów jest powszechna, a wiec spekulacja może ograniczać się jedynie do wybiórczego ich stosowania.


Opisy zdarzeń. Klasycznym przykładem opisu zdarzeń, które czynami Chrystusa świadczą o Jego nadnaturalnej mocy jest Uciszenie burzy (Mat. 8, 23-27), Uzdrowienie opętanego (Mat. 8, 28-34), Wskrzeszenie córki Jaira, (Mat. 9, 18-26). Wskrzeszenie Łazarza, Uzdrowienie trędowatego, opętanego, uzdrowienie epileptyka i wiele innych przykładów, które znamy z lekcji religii, albo czytań Ewangelii podczas mszy św.                                                                                                                                               Jest też opis gniewu Jezusa: Wypędzenie przekupniów ze świątyni (Mat. 21, 12-17) - jedyny czyn podyktowany wzburzeniem profanacją miejsca zgromadzeń modlitewnych.   I przykład wzruszający całkowicie innego zachowania nauczyciela, które zachwyca wielkością miłosierdzia Zbawiciela. Znamy opowieść o kobiecie, którą chciano ukamienować, a słowa Chrystusa docierają do najbardziej zagorzałych serc: Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień. Lubimy oceniać, bo to pozwala nam na wywyższanie się ponad innych. To nawet stało się modne w obecnych czasach. Podobno ci, którzy nie potrafią górować nad innymi, mają zaniżone poczucie własnej wartości. Wynika z tego, że szanowana niegdyś cecha skromności stała się archaiczną cnotą.


Ale opisy zdarzeń z życia Nauczyciela można interpretować opacznie. Podczas spowiedzi spowiednik zapytał kobietę czemu poprzestała na urodzeniu trójki dzieci. Wyjaśniła, że doznała urazu, podczas ostatniego porodu i nie może już rodzić. Wówczas usłyszała, że drzewo, które nie może rodzić powinno uschnąć (Mat. 21, 18-19). No cóż, głupota nie musi chodzić krętymi drogami, może siedzieć w zatęchłym zakamarku konfesjonału.


Nurt literacki. Zadziwiające jest, że historie bohaterów nowotestamentowych urywają się nagle. Nie mieli żon, synów, rodzin, nawet bliskich i przyjaciół. Nie ma żadnej „dynastycznej” kontynuacji działa Nauczyciela. Część z nich poniosła męczeńską śmierć. Koniec. W ich miejsce pojawiają się diakoni, biskupi, z czasem kardynałowie, a przede wszystkim „ich nieomylności” - papieże. Jeden z nich Grzegorz (któryś tam), przypina do historii jednej z trzech kobiet z otoczenia Chrystusa łatkę jawnogrzesznicy, czyli dziwki. Wiele stuleci później inny papież z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia dementuje ową kalumnię, ale łatka pozostaje. Maria Magdalena, najbliższa uczennica Nauczyciela, apostoł, nadal jest dziwką, przepraszam jego nieomylność – jawnogrzesznicą. Dla czego? Bo koło zamachowe instytucji wciąż wiruje i zwalnia powoli. Inny papież, z naszych czasów, Benedykt, obwieścił, że piekło nie istnieje, ale z ambon kościelnych nadal wylewają się szatani podczas „ognistych” kazań, bo koło zamachowe, bo kapłani tak zostali wyedukowani, podczas sześcioletniej indoktrynacji i podczas corocznych przyrzeczeń składanych biskupom. Nie maja nic sensownego do zakomunikowania. Serca puste rozum usypiają, jak mówi poeta.


Dopóki Kościół domagał się będzie nienależnych przywilejów, dopóki zajmował się będzie gromadzeniem dóbr i ich administrowaniem, dopóty coroczne liczenie wiernych wykazywać będzie tendencje spadkowe. Tłumaczenie Kościoła wygodnictwem wiernych i uleganiem kulturze zakupów w TESCO jest niedorzecznością, łagodnie rzecz nazywając.


 


o. Herezjan - pecador


Owce i pasterze 2015-10-28

Owce i pasterze


                                                                                                                                                                                     Pan mym pasterzem,                                                                                                                                                                                                                                                Nie brak mi niczego                 



                                                                                                                                                                                                     Psalm 23


Zacznę swoje rozważania od tego psalmu. W starożytnej historii Izraela wiele takich pięknych zawołań. Pasterz, dbający o strawę, zdrowie, poczucie bezpieczeństwa stada. Zna swoje owce i one Go znają. Odnajduje każdą zbłądzoną i doprowadza do stada. Ufają jego miłosnej opiece i całkowicie zawierzają jego intencjom.               Wyidealizowany to obraz, za którym możemy tylko sobie potęsknić. Czy jednak jest on niemożliwy do zrealizowania? Czy Biblijny Pasterz to, w obecnej epoce, jedynie religijna utopia?                                                                                                                                                                                                                                            Błoga więź oparta na relacjach mistrza i adepta uległa zachwianiu wraz z rozwojem cywilizacji. Owce osiągnęły świadomość upoważniającą do partnerskiego traktowania przez duszpasterzy. Kij - laska, którym podpierał się pasterz, zmieniła się w kosztowny pastorał, który nie może być używany do dyscyplinowania owiec.


Zdobywamy coraz większą wiedzę o wszechświecie, w którym bytujemy, więc coraz śmielej „uwalniamy” się spod niepodważalnych dotąd (niby) boskich relacji łączących pasterza i owce. Jednym z głównych powodów takiego stanu rzeczy jest niedostosowanie archaicznych przekazów do poziomu świadomości społecznej. Sporej części, być może nawet większości, nie przeszkadza, bądź w ogóle nie zastanawiają się oni nad nonsensami przekazów i religijnych rytuałów. Ci nadal zachowują wzniosły status owiec poddanych pasterzowi.                                                                                                                                                                                                                                        Co jednak z tymi, którzy nie zgadzają się z takim stanem rzeczy? Jaką ścieżkę zmuszeni będą wybrać? Agnostycyzm (modne słowo), ateizm (słowo zimne i przerażające), czy może własne pojmowanie Stwórcy, lub zmiana przybytku (śmiała relacja)?


Właściwie powinienem wzbraniać się przed rozważaniami nad Starym Testamentem. Już dawno osiągnął poziom mitologii, a korzystanie przez nasz Kościół z treści tam zawartych podyktowane jest, tak teraz, jak i w przeszłości, korzyściami instrumentalnymi, a wiec sposobem wytłumaczenia odstępstw instytucji kościelnej do nauk Chrystusa w imię tzw Oficjalnych Nauk Kościoła, czyli takiej formuły, która pozwala na religijną bezkarność.


Porównanie opisów stworzenia z wiedzą dotychczas poznaną nie musi budzić sprzeczności. Wszystko da się połączyć w logiczną spójność, albo przynajmniej rzeczowo wytłumaczyć. Opisów wojen Ludu Wybranego pod nadzorem boskim, z taktyką i wiedza militarną godną Napoleona nie da się ująć w miłosierne ramy boskiego czynu.    Mało tego, Bonaparte okazywał wielkoduszność pokonanym i nigdy nie wydał rozkazu wyżynania w pień nieprzyjaciół swoich. Być może to go zgubiło.


Zatem pozostawmy to, co w Starym Testamencie jest nieodwracalnie niedorzeczne.


Jeśli tak, to czemu nasi pasterze, niby nowotestamentowi, w oczach wielu, stracili na wartości do stopnia takiego, że owce odwracają się od religii opartej na naukach Chrystusa o ludzkim miłosierdziu? Czemu w naszej religii powoli, ale nieuchronnie powstaje zagrożenie mitologizacji także Nowego Testamentu?  


Odpowiedź dość prosta. Nauczanie i postępowanie hierarchów w naszym Kościele nie jest spójne i tożsame z naukami Chrystusa. Wystarczy porównać to co mówią biskupi angielscy, apelujący do swojego premiera o przyjęcie podwojonej ilości uchodźców do 40 tyś., podczas gdy bp. Liberda w towarzystwie Nycza, przestrzega przed uchodźcami i porównuje przyjęcie ich do importu Krzyżaków w XIII w., jednocześnie deklaruje, że nie jest ksenofobem... (więc kim jest? - hipokrytą?)                                                    Mamy tu do czynienia z partykularnymi interesami elit biskupich zamiast nauczanego przez Chrystusa ludzkiego miłosierdzia. Hańba i wstyd!


Sytuacja w naszym Kościele jest dalece bardziej skomplikowany niż wielu zakłada, a komplikuje się już u podstaw, czyli na kilkudziesięciu uczelniach katolickich kształcących kleryków. Nie podejmuję się innych, głębszych rozważań, odsłaniających sedno, albo nawet sedna sprawy, zwłaszcza że w nowej, rzeczywistości biskupi i całe duchowieństwo otrzymają jeszcze większą sposobność poszerzania oddziaływania politycznego.                                                                                                                                         Status kapłana w społeczeństwie polskim jest, jak nigdzie indziej w Europie, wysoko zapodany. Słowo księdza, na przestrzeni naszych dziejów, było prawdą niepodważalną i moralnym prawem. Zatem nie musiał on martwić się o nadwyrężenie autorytetu z powodu klepania głupoty, czy uprawianiem niemoralnych praktyk. Tak było i nie szkodziło, lecz teraz szkodzi bardzo, przede wszystkim i samemu Kościołowi (nie wiedzieć czemu) świętemu.


W tym momencie nasuwa się pytanie: czy Kościołowi, w jego misji, przeszkadza nabyta tradycja? Tradycja jest fundamentem poczynań, ale zła tradycja fundamentuje złe poczynania i staje się brzemieniem.


Problem polega na tym, że instytucja kościelna pasąc się tradycją nie dostrzega jej przemijającego znaczenia. Ziemia już dawno przestała być płaską, a horyzont nie wyznacza granic poznania. Bogate, a więc kosztowne stroje arcykapłanów dodające w przeszłości powagi piastowanemu urzędowi straciły na dostojności, a wielki brzuch już nie oznacza zamożności. Otyłość nakryta mucetem, mandoletem, a na niej tobarro, fariola, paliusz, racjonał i rękawiczki i pierścień, a do tego nakrycie głowy w postaci dziwnej czapki (mitra i piuska), w ręku pastorał, na piersi pektorał i to wszystko złote, lub przetykane zlotem i drogimi kamieniami. Przy czym wiedzieć należy, że kilkanaście pozycji szat biskupich potęguje kolorystyka owych szat, uzależniona od świąt liturgicznych. Słowem kupa szmalu na biskupie. Na synodzie, idących w swoistej procesji biskupów i kardynałów, kamera ujęła z tyłu. Kilkuset mężczyzn w fiolecie i purpurze sunąc wolniutko i dostojnie, kołysze się na boki niczym pingwiny olbrzymie. Coraz bardziej przypomina to teatr groteski. Potęgę Kościoła tworzyły wielkie katedry i pyszne stroje, ociekające złotem przetykanym przez kardynalską purpurę.


Na pamiątkę jakiego zdarzenia z życia i nauk Jezusa, ta purpura i bogate szaty? Może Nauczyciel nie wspierał się na kiju, tylko na srebrnym pastorale wysadzanym drogimi kamieniami? Może nie chodził w jednej skromnej szacie, o którą rzymscy żołnierze rzucali kości, lecz jego szafę wypełniały mandolety, mucety, tobarra i fariole (nawet nie wiem, czy to poprawnie napisałem)?


Tego nie da się zreformować, od tego trzeba po prostu odstąpić.


Oczywiście są biskupi wyjątkowi, którzy wyemancypowali się, przynajmniej częściowo, z tego karykaturalnego obrazu i np. jeżdżą wraz z wiernymi na wycieczki rowerowe, (jednego znam). Strój, jak najbardziej (chociaż na czarno), kask, a pod kaskiem piuska... Ale postęp jest.


Kształcenie alumnów, to właściwie podstawa obecnej sytuacji w naszym katolicyzmie. W jaki sposób „wyłowić” młodego człowieka z pośród nas i przysposobić go do służby wiernym i czemu niby miałby to być człowiek młody(?), czy aby nie dla tego, że można go „uformować”, a ściślej rzecz ujmując - indoktrynować? Nauka w kilkudziesięciu seminariach duchowych trwa sześć lat. Właściwie czego, przez tyle lat, można uczyć przyszłego księdza? Przecież do dyspozycji są cztery Ewangelie, Dzieje apostolskie, Listy, Apokalipsa...                                                                                                                                                                                                                                         Tymczasem alumni uczą się np. historii filozofii, metafizyki, filozofii przyrody, logiki, egzogenezy starego testamentu, teologii fundamentalnej, teologii dogmatycznej, logiki, prawa kanonicznego i wyznaniowego, psychologii ogólnej, psychologii rozwoju, konwersatorium z przedmiotu seminaryjnego (cokolwiek to znaczy), kierownictwa duchowego, albo np. masmedia w duszpasterstwie, język łaciński, grecki, nowożytny i jeszcze parę... Po czymś takim alumn otrzymuje tytuł magistra teologii i jest naprawdę dobrze wyedukowany.                                                                                                                                                                                                                                                Jednak odnoszę wrażenie, że taka edukacja jest daleka od kapłaństwa i jeszcze dalsza od duszpasterstwa. Teraz rozumiem dlaczego ich kazania nie są porywające, a właściwie są miałkie i mało rzeczowe, za to godne magistra teologii, który zaliczył na studiach konwersatorium z przedmiotu seminaryjnego. Nie zaliczył podstaw astrofizyki, nie uczono go o zderzeniu cząsteczek, o Wielkim Wybuchu, o oscylacji neutrinalnej (Nobel) i tym wszystkim co otwiera ścieżkę do poznania Stwórcy i Jego dzieła w inny sposób niż w archaicznej Księdze Rodzaju.                                                                                                                                                                                                       Nie wymagano od niego, przedmiotu o nazwie miłosierdzie, albo współodczuwanie, albo prawość i niekrzywdzenie. Co gorsza zamiast nauczania o życiu w skromności, czyli wyrzeczeniu, poucza się alumnów, że skromne życie nie oznacza dziadostwa. W ten sposób uchylana jest przed przyszłym księdzem furtka do dostatku, a bramę do nadmiaru, czyli życia w luksusie otworzy sobie sam, zwłaszcza, że ma wzorce w osobie tego czy innego biskupa, prałata, proboszcza.


Sługa Boży” to nieuprawniony tytuł zaczerpnięty z tzw Historii Zbawienia od protoplasty kapłanów żydowskich Aarona. Bóg nie potrzebuje sług, ani ołtarzy ofiarnych, ani konfesjonałów, bowiem On - Stwórca, ma wszystkie bogactwa Ziemi i Wszechświata i nie jest próżny i zna nasze czyny, a każdy włos jest policzony.                                      Nie mamy nic co moglibyśmy Mu ofiarować, oprócz tej cudownej energii jaka nierozerwalnie łączy nas z Nim i została zdefiniowana jako miłość. Miłość, która pochodzi od Niego, możemy Mu ofiarować, a ściślej ujmując oddać i tylko tego od nas oczekuje. Kapłani mają służyć wiernym, traktując swoje powołanie jako służbę bliźniemu w ofiarności i wyrzeczeniu, bez teologii fundamentalnej i doktrynalnej, która sami stworzyli setki lat temu, bez długich szat, które przywdziali na wzór żydowsko-bizantyjski i bez przepychu biskupów i innych kościelnych oligarchów. Sześć lat indoktrynacji na uczelni nie tylko nie wystarczy do takiego dzieła, lecz dziełu przeszkadza,a  


homilie nie głoszone z serca, do serc nie trafiają, panowie magistrowie teologii.


Przez ubiegłe stulecia Kościół, jako instytucja, intensywnie poszukiwał wytycznych dla takiej formy swojego bytu i materialnego rozwoju, która zapewniałaby mu dostęp do władzy we wszelkich sferach życia. Oczywiście pierwsze kościoły nie stawiały sobie tak ambitnych celi i nie formowały nadmiernych żądań, ale też nie wzbraniały się przed narastającą potrzebą powiększania obszarów oddziaływania politycznego, militarnego i religijnego. Do osiągania takich „wzniosłych” celi potrzebna jest nie tylko odpowiednia strategia, ale i ideologia. Z tego powodu sięgano do Starego Testamentu bo tam aż roi się od przykładów usprawiedliwiających okrucieństwo i chciwość - rzekomo w imię Boże. Każdy, kto tylko zechce sięgnąć do Biblii może przekonać się o słuszności tego poglądu i każdy kto nie zatracił realnej oceny religijnej rzeczywistości, może stwierdzić, że fałszywemu prorokowi łatwo zwieść owce na manowce wiary. Oczywiście taki fałszywy pasterz, czy prorok, odpowie za zwodzenie wiernych, ale owce też nie są wolne od konsekwencji fałszu. Wszak rozum swój mają.


                                                                                                                           o. Herezjam - pecador


dusze wypalone, a serca jak pustynia 2015-09-29

Dusze wypalone, a serca jak pustynia .


                                                                                                               „Kto zna dobro, ten je też czyni”


                                                                                                                                                         (Sokrates)


 


Ostatnio ożyła sprawa oddzielenia państwa od Kościoła, a właściwie oddzielenia Kościoła od państwa. Tym razem uspakajającą homilię wygłosił abp. Depo podczas witania pielgrzymów na Jasnej Górze:


Nie zagraża nam państwo wyznaniowe, ale kłamstwo udające prawdę i grzech udający dobro.”


Można by pomyśleć, że to całkiem trafna samokrytyka, ale przecież nasz Kościół nie potrafi uderzyć się we własna pierś. Rok wcześniej ten sam abp. obwieścił, że Kościół powinien ogłosić listę lektur zakazanych i aprobowanych, tak żeby młody umysł nie wpadł w okowy niechwalebnej kultury gender. Jakoś tego nawoływania nie podchwycono. Czy podchwycone zostanie nawoływanie kard Nycza i abp Hosera o zachowanie wartości w nauczaniu szkolnym o rodzinie?


Ale pozostawmy (na razie) niedorzeczne wypowiedzi tego czy innego kapłana wyższej rangi. Zajmijmy się tym co ważne.


Najpoczytniejsza księga świata, czyli Stary oraz Nowy Testament mają wystarczająco dużo fragmentów wymagających wyjaśnienia zarówno w świetle dokonań nauki, czyli rozumu, jak i w świetle postępu na ścieżce rozwoju duchowego, czyli serca.


Sam Bóg zaszczepił w ludzkim sercu pragnienie poznania prawdy, którego ostatecznym celem jest poznanie Jego samego...”


                                                                                                                       cyt. z encykliki „Wiara i rozum” Jana Pawła II


Myślę jednak, że nie należy upominać się o zmiany dostosowawcze w nieco archaicznych tekstach ewangelistów, chociaż wielu znawców tematu donosi, że w przeszłości dokonywano takich „poprawek” i „korekt”.           Tymczasem w religii niezmiernie ważna jest czystość przekazu i jasność intencji w zetknięciu z rzeczywistym poznawaniem Stwórcy i Jego dzieła, a to tworzy postęp cywilizacyjny i jest gwarancją rozwoju duchowego.


W ocenie tekstów nowotestamentowych powinniśmy wziąć pod uwagę ówczesny poziom wiedzy ich autorów o Stwórcy oraz rzeczy, które działy się dwa tysiąclecia temu. Ówczesna wiedza o Kosmosie i przyczynach stawania się Wszechświata była mizerna. Teraz, na wielometrowej skali poznawczej, posunęliśmy się do przodu o dobry... milimetr.


Pierwszym tekstem Nowego Testamentu jest Ewangelia Św. Mateusz i w takiej kolejności jest ona umieszczona. Pozostali właściwie wzorowali się na jego zapiskach, dokonując nieznacznych zmian w interpretacji zdarzeń lub je uzupełniając. Jedynie Ewangelia Św Jana wygląda jakby ten apostoł nie ściągał z pozostałych. Jednak jest ona trudna i wymaga chociaż odrobinę wiedzy o ówczesnej kulturze i tym co się działo w otoczeniu Nauczyciela. Ponadto, należy pamiętać, że Mateusz spisał swoją ewangelię w języku aramejskim ok. 20 lat po wniebowstąpieniu Jezusa, a przetłumaczona i zredagowana przez jednego z jego uczniów dopiero ok roku 80. Mateusz był już starym człowiekiem „przywołującym” zdarzenia według zapamiętanych scen, słów, przypowieści, cudów, ale także według własnego widzenia i pojmowania spraw.


Nie sposób zająć się analizą poszczególnych fragmentów aby prostować ich znaczenie. Nie o to również chodzi, aby udowadniać nonsens literacki, obyczajowy czy historyczny opisywanych zdarzeń. Tymi zagadnieniami zajmują się biblijni badacze. Zwłaszcza, że wypowiedzi Jezusa, nauki i wszelakie cuda nie pozostawiają wątpliwości co do Jego ponadludzkiej wiedzy i boskiej mocy, ale pewnym opisom Mateusza należy zadać zasadnicze pytanie: dlaczego? I pytanie to nie zadaję ewangelistom, lecz naszemu Kościołowi.


Zacznijmy od najważniejszej modlitwy każdego chrześcijanina, „Ojcze nasz”. Uczymy tej wielkiej mantry nasze dzieci, rozpoczynamy nią każdą modlitwę i powtarzany ją aż do ostatniego tchnienia. Śpiewana jest na każdej Mszy św. - wg Mateusza 6,7-15” Łukasza 11, 1-4,


Tymczasem można tak:


 Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swoje wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich. Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie.


Wy tak się módlcie:


Ojcze nasz, któryś jest w niebie,


niech się święci imię Twoje.


Niech przyjdzie królestwo Twoje;


niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak w niebie.


Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj ;


i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy nam zawinili;


i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego.


Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienie, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski.


Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom, i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień.


                                                                                  „Ewangelia Jezusa”


                                                                               Wydawnictwo Kurii Biskupiej w Lublinie 1981


Nie ma w tym tekście nic na temat „wodzenia nas na pokuszenie”, o którym wyśpiewujemy, bez zastanawiania, w każdą niedzielę. Bóg Ojciec nie kusi nas, nie prowadzi na manowce, nie zwodzi - sprawdzając naszą lojalność. To nonsens, to nasza prymitywna ocena więzów międzyludzkich. To my wystawiamy na próbę słabości bliźnich: użyjmy prowokacji, żeby sprawdzić lojalność przyjaciela, Nonsens. Stwórca wyraża swój stosunek do Stworzenia wyłącznie poprzez miłość. Nie ma innego kryterium. Tymczasem nasi pasterze nie prostują tego anachronizmu, choćby według takiej wersji, jaką przedstawia powyższy tekst, autoryzowany przez wydawnictwo Kurii Lubelskiej. Podobnie zresztą jak sprawa szatana,diabla, czy kusiciela. Piekło zostało „zamknięte”, jeszcze przez Benedykta XVI, ale szatan, ciągle i uparcie, pojawia się w kazaniach i kusi, zwodzi i deprawuje. Zło nie pochodzi z zewnątrz, z poza nas, a zwalanie odpowiedzialności na wyimaginowaną kilkaset lat temu istotę zwalnia niejako z odpowiedzialności: „szatan mnie podkusił”, „za ten czyn z piekła nie wyjdziesz” itd...


Kuszenie Jezusa.


(Mat. 4, 1-11), (Mar. 1, 12-13), (Łuk. 4, 1-13).


Raz w roku liturgicznym czytany jest ten fragment Ewangelii. W całości go nie przytoczę. Każdy może wziąć do ręki jakiekolwiek wydanie Nowego Testamentu i przeczytać.


3, I przystąpił do niego kusiciel, i rzekł mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, aby te kamienie stały się chlebem.


5, Wtedy wziął go diabeł do miasta świętego i postawił go na szczycie świątyni.


6, I rzekł mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisano bowiem: Aniołom swoim przekażę o tobie,abyś nie zranił o kamień nogi swojej. Ps 91, 11.12


8, Znów wziął go diabeł na bardzo wysoką górę i pokazał mu wszystkie królestwa świata oraz chwałę ich.


9, I rzekł mu: To wszystko dam ci, jeśli upadniesz i złożysz mi pokłon.


 I odpowiedź Jezusa:


11..Wtedy rzekł mu Jezus: Idź precz szatanie! Albowiem napisano: Panu Bogu swemu pokłon oddawać i tylko jemu służyć będziesz.


Wszyscy dobrze znamy ten fragment i wszyscy znamy odpowiedzi nie tylko tę końcową, przytoczona powyżej.    Za każdym razem oczekuję mądrych wyjaśnień ze strony kapłana, ale zamiast tego ksiądz jeszcze raz, zdanie po zdaniu, nie zmieniając treści opowiada to co przed chwilą zostało odczytane przez ministranta, ucznia, albo jakiegoś parafianina. Jakby z obawy, że odczytany tekst nie został dostatecznie dosłyszany. To coś takiego, jak tata mówi coś malutkiemu synkowi, a potem jeszcze raz powtarza to samu, ale p o w o l i, żeby malec zrozumiał.


                    Mówią do nas, jak byśmy byli siedmiolatkami, a do siedmiolatków tak, że ich nie rozumieją.


Nie pada wyjaśnienie, że tekst ewangelii pisany był bardzo dawno temu i że jest prawdziwy, ale wymaga zrozumienia dla ówczesnej kultury i ówczesnego rozumienia zdarzeń. Nie istnieje szatan, ani diabeł, ani żaden tego typu stwor. Szatan nie jest osobą. Jest złem, a zło, skoro nie ma osobowości, nie może przyjmować postaci. Może się „wcielać” czyli rodzić się i wywodzić z każdego z nas, tylko nie każdy z nas potrafi skutecznie się mu oprzeć. Nie mam na myśli tego zła, z którym spotykamy się i neutralizujemy w sobie i naszych bliskich na co dzień. Mówię tu o gigantycznym złu, które rodzi się i dojrzewa w nas stopniowo, aż przeradza się w agresję, zdradę, podłość, zbrodnię, usprawiedliwianą jakimś „wielkim celem”.


A Jezus? Spróbujmy wniknąć w Jego sytuację. Jest Synem Ojca; posiada niespotykaną mądrość, zadziwiającą uczonych w mowie i pismie; dysponuje mocą uzdrawiania; zna przeszłość i przyszłość; wreszcie wskrzesza umarłych, nawet wówczas, kiedy ciało Łazarza było w posuniętym rozkładzie...                                            Przecież zdaje sobie sprawę ze swojej mocy. Wie kim jest, ale wie także czego od niego oczekują zniewoleni Izraelici. Mógłby im dać upragnioną wolność od znienawidzonych Rzymian.


Fajnie jest być królem, albo cesarzem. Może nawet w ten sposób mógłby, On Jezus-cesarz, rozszerzyć szybciej i skuteczniej swoje nauki, może cywilizacja miłości nastąpiłaby szybciej niż napisano? No i mógłby w ten sposób uniknąć koszmarnego końca swojej człowieczej misji – poniżenia i ukrzyżowania... może.


Nie wiem, czy tak właśnie mógł myśleć Jezus. Jego ciało musiało być skrajnie wyczerpane czterdziestodniowym postem, obojętnie jaki charakter ten post przyjął. Być może, że odżywiał swoje ciało dla podtrzymania podstawowych funkcji życia, ale też nie należy wykluczać całkowitego postu – był przecież Synem Ojca – Bogiem!


Skąd w takim razie „rozmowa z szatanem”? Szatan, jako osoba nie istnieje i nigdy nie istniał. Ale istnieje zło i tę kategorię należy wyjaśnić. Zło i dobro jest kategoria mentalną, zależną najczęściej od punktu widzenia. I tak: jeśli koleżka (np. ośmiolatek) ukłuje koleżankę szpilką, to ten koleżka czyni zło, ale jeśli tę samą dziewczynkę ukłuje pielęgniarka, podając szczepionkę, to mimo, że doznanie jest niemal takie same, to pielęgniarka czyni dobro. I powtarzany przeze mnie przykład: gepard dopada swoja ofiarę z zawrotna prędkością. Biedna impala umiera najpierw ze strachu, a potem, drgając konwulsyjnie, dogorywa w morderczym uścisku szczęk okrutnego drapieżnika...   No tak, ale statystycznie, tylko co szesnasty atak geparda jest skuteczny! Przy czym koszmarnie wyczerpujący! Bywa, że gepardzica nie jest w stanie dowlec zdobyczy do „domu”! A w trawie sawanny na mamę gepardzicę czekają dwa kociaki. Są małe, bezbronne i wystraszone i bardzo głodne. Jeśli mama gepardzica nie zdąży to pożre je lew, albo hiena, albo inny gepard.                                                                                              Sam przekonuję się, że moja litość jest raz przy impali, a innym razem przy małych kociakach.


Zło i dobro, jako przeciwstawny dualizm rodzi się w nas. Jest ono rożne dla rożnego poziomu rozwoju cywilizacyjnego. Pozbawienie drugiego człowieka życia nazywamy morderstwem, przy czym Wiking wyrżnięcie całej osady, wliczając starców i dzieci, nie traktował jak morderstwo, lecz zaspakajanie swoich potrzeb i potrzeb jego bliskich. Wznoszenie świadomości na płaszczyznę dobra jest celem każdej epoki, stąd cytowanie słów pana Sokratesa: „kto zna dobro, ten je tez czyni” . Na płaszczyźnie Boga nie ma dualizmów nie ma ani dobra, ani zła jest tylko miłość.


Jezus był Synem Ojca, ale w ludzkim ciele. Zatem podlegał pokusom w takim sensie w jakim czytamy u Mateusza, Marka czy Łukasza. Jego moc wewnętrzna i poczucie wielkości misji sprawiły, że odpowiedział swojemu ego NIE!


I to Jego „NIE!” jest uniwersalną i ponadczasową nauką dla nas, dla każdego człowieka, dla wszelkich ludzkich słabości. Powiedzieć nasze NIE(!) pokusom, przywarom, pogardzie, nadmiarowi, ksenofobi, przemocy, wyuzdaniu, uzależnieniom..., a w to miejsce powołać miłość, prawość, wybaczanie...                                                             Tak, to jest problem, bo jak żyć z boskimi cechami w materialnym świecie kuszącym wszelkimi osiągnięciami obecnej cywilizacji, hołdującej konsumpcji, żeby nie otrzymać łatki świętoszka?


W życiu potrzebny jest szlachetny umiar, czyli ścieżka środka, jak poucza Budda i inni mędrcy tego świata. Można ująć to mniej więcej tak: jestem wyczulony na krzywdę, na bezprawie, na wszelką rozwiązłość, szanuję i doceniam drugiego człowieka i wszystkie istoty i korzystam z życia w taki sposób, by nie narażać własnej godności na uszczerbek.


Tymczasem biskup Liberda (64l), z tą niewinnością na licu i pustką w sercu porównał, w świetle jupiterów i obecności kard. Nycza, przyjęcie uchodźców do importu Krzyżaków dobre sześć wieków temu. To oczywiście niedorzeczność, bo uchodźcy to islamiści, a rycerze Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego to przecież NASI!, Rzymsko-katoliccy krzewiciele jedynie słusznej religii.


Boże, mój Boże, cóż za wyschłe serca i wyrachowane umysły. Oni wszyscy obawiają się napływu innej religii, która mogłaby rozwodnić,a w konsekwencji zagrozić utratą chociaż części biskupich przywilejów.


Poruszył mnie tylko spokój posła Niesiołowskiego w tej kwestii, który zwykle reaguje na takie bezecne wypowiedzi. Jeszcze trochę i zacznę modlić się do Wszechmogącego, żeby pobłogosławił uchodźcom w kwestii zasiedlenia naszego kraju, bo Franciszek może nie dać rady moralnej i faktycznej otyłości naszych biskupów, a my?...


My w spokoju godnym Niesiołowskiego, siedzimy cicho i nie wiercimy się niespokojnie, kiedy eminencja plecie. Jakby nie było tematu. Musimy pamiętać, znając mroczną historię Kościoła, że


Kardynałowie i wszyscy "arcy" ukrzyżowali nauki Chrystusa już bardzo dawno temu, a teraz bronią zdjęcia ich z krzyża, z obawy by czasem nie zmartwychwstały.


No cóż, od nas zależy, czy oni wszyscy nadal wypowiadać się będą w sprawach społecznych, politycznych, a przede wszystkim kościelno-finansowych. Czy zajmować będą stanowiska w tej, czy innej kwestii, zamiast rozważać nauki Chrystusa w miłości, prawości, współodczuwaniu i skromności swojego powołania, bez luksusowych aut, bez „długich” szat, dodających rzekomo powagi temu, czy innemu kapłańskiemu urzędowi.


Pożegnanie z prestiżem władzy, z luksusem i wszelkimi apanażami wynikającymi z piastowanych godności jest, dla podstarzałych kapłanów, niemal nieosiągalne. Obiema nogami i sumieniem tkwią w ustępującej epoce. Trudno zatem oczekiwać, że udadzą się oni na pustynię i przez czterdzieści dni odpierać będą ataki własnego ego. Koszty ich luksusu, koszty instytucjonalizmu kościelnego, ponosi Kościół Chrystusowy: coraz mniej powołań, coraz mniej ludzi w kościele. Czy im to przeszkadza? A gdzież tam! Wygląda na to, że hołdują starej i niechlubnej szlacheckiej maksymie: „Po nas choćby potop” .


 


 


                                                                                          O. Herezjan – pecador


                                                                                                                      Reguła Pecadorystów Małych


Mój Bóg, moja religia. Czyj Kościół 2015-08-07

Mój Bóg, moja religia. Czyj Kościół



'Nie umniejszaj żadnej religii ani żadnej nie wywyższaj''



(spisał: Stephan v. Stepski-Doliwa)



Właściwie należałoby zacząć od deklaracji, że nie jest moim zamiarem atakowanie Kościoła, lecz jedynie wytykanie błędów, wypaczeń i wynaturzeń, które przydarzają się każdej instytucji i w każdej sferze życia. Nie sądzę jednak by owa deklaracja miała jakiekolwiek znaczenie, gdyż w schemacie obrony kościelnych elit jest oskarżanie o „bezprzykładny atak na Kościół”.



Religia jest istotnym i niezbędnym czynnikiem kształtującym rozwój duchowy, a więc świadomość jednostki, społeczeństw i całej ludzkości od zarania dziejów - od prymitywizmu do oświecenia i dalej. Rozwój duchowy, oraz postęp materialny, podnoszą rodzaj ludzki do wyższego bytu. Religia, religie - te wielkie i zapominane, tworzą się wokół przekazów pochodzących od Stwórcy bezpośrednio, od proroków czyli natchnionych mędrców, albo,jak w przypadku Buddyzmu, od Oświeconego. Następnie owe przekazy, dla upamiętnienia i nawyku kultywacji, „wspomagane” są rytuałami przekształcanymi w misteria nabożeństw, zgromadzeń modlitewnych, ofiarowań, rozgrzeszeń wybaczających, ceremonii upamiętniających zdarzenia z życia Awatara oraz świętych męczenników, itd. Zatem można uznać, że religia, która nie zniekształca przekazu od Najwyższego jest Jego narzędziem przypominania o Sobie, o nierozerwalnych i wiecznych więzach człowieka i każdej żywej istoty z Osobą Boga. Dla tych, którzy nie uznają Formy Osobowej lecz Absolut, religia nie stanowi istotnej podstawy rodzaju ludzkiego, a modlitwy nie wpływają na doraźne ludzkie losy. Absolut nie łączy się ze świadomością bowiem Absolut jest bezosobową Wszechpotężną Kosmiczna Energią, która stwarza ale nie ingeruje w losy stworzenia.. I niech mi odpuszcza wyznawcy tego kierunku że popełniam skrót myślowy.



 Kościół. Niezmiernie trudno jest rozwikłać znaczenie tego słowa. Słowo to bowiem ma wiele znaczeń. Powszechnie, kojarzy się z budowlą, nazywaną Domem Bożym. W Kościele protestanckim jest to miejsce zgromadzeń braci i sióstr (Zbór). Uznają oni, że domem Pana Boga jest Wszechświat, a Wszechświat mieszka w Nim, zatem gromadzenie się dla wspólnych modlitw to dar od Stwórcy będący ponad wszelkimi doktrynami światopoglądowymi. Nie zmiotły go podboje, okrutne wojny religijne, rewolucje, gułagi i krematoria obozów koncentracyjnych. Cechą ludzką, niezmiernie potrzebną, jest zapominanie. Zapominamy o krzywdach, doznanych urazach fizycznych i duchowych. Mija rozpaczy, zapominamy i przebaczamy, ale także zapominamy o Nim. Zatem, powtórzę, religie są Jego narzędziem przypominania o Sobie, o nierozerwalnych relacjach człowieka, każdej istoty i materii nieożywionej, z Najwyższą Osoba, z Bogiem. Zapominanie jest niezbędną forma dla „przewietrzania” umysłu. Zatem „pamiętanie należy stosować inaczej zanika”.



Jest też inne znaczenie Kościoła, mianowicie kościół – instytucja, tworzony od samego początku, przywdziewający bogate szaty religii żydowskiej, bizantyjskiej i rzymskiej, dla podkreślenia statusu kapłańskiego, czyli dla wszechmożnej niegdyś władzy, z którą tak trudno się rozstać, ale to już zupełnie inna historia.



Cieszę się, szanowny księże doktorze, że dostrzegł ksiądz pozytywne aspekty i „mądrości” (cyt.) w mojej pracy, ale ważniejsze są wątpliwości i to co „niepokojące” (cyt.) w pojmowaniu Pana Boga.



Kościół, ten który „istnieje i będzie istniał” (cyt.) ma poważnie kłopoty, bowiem znalazł się na zakręcie swoich dziejów i musi nauczyć się dostrzegać prawdziwe zagrożenia. Tym zagrożeniem wcale nie jest nauka, niosąca postęp cywilizacyjny, ani inne religie, lecz najcięższe przywary i niedoskonałości natury ludzkiej, które oblepiają diakonów i biskupów od 33 roku naszej ery, czyli od materialnego opuszczenia naszego świata przez Zbawiciela. W tej kwestii odsyłam do niepopularnego tekstu Apokalipsy wg św. Piotra. Tego Piotra – nazywanego Wielkim Rybakiem. Kościół wyraża się o tym tekście, który, „jakoby” napisał św. Piotr, mówiąc oględnie, dość sceptycznie, a to wstyd.



Ale powodów do wstydu w dziejach chrześcijaństwa jest znacznie więcej, choćby spór wewnątrz Kościoła po soborze chalcedońskim, rozgorzały na przełomie IV i V w., do którego dołączali kolejni papieże. Spor bez znaczenia dla religii, ale dla władzy kościelnej tak. Potem były inne wstydy: okrutny mord Hypatii; zagładza Katarów; zniszczenie Templariuszy; podsycanie stosów Św Inkwizycji; itd. Temu wszystkiemu towarzyszyli papieże często o bardzo złej reputacji i obrzydliwie bogaci kardynałowie. To wszystko za nami, ale obecny stan i przyszłość powinna być troska naszego Kościoła. Czy jest, księże doktorze?



Obecny stan to wierni odchodzący od Kościoła z powodu, jak to ksiądz zręcznie nazywa,”niestosownych zachowań” proboszcza czy „nadużywania życia” przez tego czy innego biskupa. I zaraz potem kolejne postumentarne pytanie obciążające jednoznacznie winą za taki stan rzeczy wiernego, którego zniechęca niestosowne zachowanie proboszcza i i buta biskupa, a nie powinno. Ksiądz pytasz, czy dla tego, że taksówkarz był dla nas nie uprzejmy, albo ekspedientka próbowała nas oszukać, to więcej nie wsiądę do taksówki i nie zrobię zakupów w sklepie? To bardzo pokrętne i prymitywne, choć od dawien stosowane rozumowanie?



Odpowiadam, księże doktorze, w imieniu tych, których zniechęca do kultywowania obrzędów kościelnych arogancki proboszcz i rozpolitykowany biskup. Otóż jeśli chodzi o taksówkarza i sklepową, to na pewno nie wsiądę do tej taksówki i nie zrobię zakupów w tym sklepie! Wierni nie muszą aprobować deprawacji swoich pasterzy, a odciążanie parafianina winą za taki stan rzeczy jest bezeceństwem. Problem polega na tym, że w sąsiednim Kościele, na innym osiedlu, proboszcz legitymuje się podobnymi przywarami, a do Kościoła Protestanckiego, gdzie pastor wiedzie skromne życie i zna problemy każdej rodziny i o polityce ani słowa...



jakoś nie po drodze, jakby tam był inny Bóg. No, ale na teki stan rzeczy Kościół pracował całe dziesięciolecia wzbudzając naszą nieufność wobec tzw sekt. Spotkałem się kiedyś z opinią byłego księdza, który twierdził, że największą sektą w historii religii jest sekta Rzymsko Katolicka. Musiał doznać wiele upokorzeń i brakło mu determinacji Lemańskiego, ciągle jeszcze księdza.



I jeszcze jedna kwestia, z którą, jak wyczułem, jest ksiądz gotów w zasadzie się zgodzić, ale tak trochę po cichu, bo jest to nauka niezgodna z Oficjalnym Nauczaniem Kościoła, a odstępstwo od Oficjalnego Nauczanie Kościoła nazywa się herezją. Herezję zastąpiono właśnie tymi trzema słowami, ponieważ nie są one obciążone stosami ochoczo rozpalanymi pod heretykami w całym katolickim świecie od X do XIX w. Napoleon Bonaparte zniósł Inkwizycję i zabronił tortur i nie jest mile wspominany przez Kościół. Tym z czym ksiądz po cichu się zgadza to nauka o reinkarnacji. O tym także już pisałem, choć niewyczerpująco.



Zastanówmy się skąd wzięło się Oficjalne Nauczanie Kościoła, co to jest nauka o Bogu i wreszcie skąd wziął się Kościół i czy słusznie towarzyszy mu przymiotnik Święty?



Teraz, księże doktorze, możesz polecić zbieranie chrustu i grubszych gałązek na stos, bo samo zastanawianie się nad tym, już jest herezją, czyli niezgodnością z ONK. Przy okazji czuję się w obowiązku wyjaśnić tym wszystkim, którzy nie wiele czasu poświęcili historii herezji. Otóż Kościół nigdy nie rozpalał stosów, nie torturował, oraz nie więził w koszmarnych lochach tych, na których padło oskarżenie o herezję. Zazwyczaj byli to biedacy, którzy nawet nie rozumieli swojego błędu. Często zadenuncjowani ze zwykłej zawiści lub innych niskich pobudek. Bogacze (feudałowie) potrafili się od stosu, albo dożywotnich lochów wykupić. Rolą naszego Kościoła było jedynie badanie podejrzanych i prowadzenie śledztwa. Tortury i egzekucje pozostawiono władzom świeckim, czyli katowi. Ojcowie Dominikanie i inni także, jedynie nadzorowali łamanie kołem, wyrywanie cęgami, palenie żywcem.... Mam nadzieje, szanowny księże doktorze, że wybaczysz sarkazm, ale nie słyszałem przeprosin za czyny haniebne.



O wadach i przywarach stanu kapłańskiego należy mówić otwarcie, bowiem braku prawości, miłosierdzia, współ-odczuwania, nie-krzywdzenia i bardzo ważnej cech (cnoty kapłańskiej) jaką jest wyrzeczenie nie można wytłumaczyć zwykłymi ludzkimi słabościami. Kapłaństwo jest powołaniem, a nie rzemiosłem, które uprawiać może każdy, podatny na zwykłe ludzkie słabości. Te pięć cech powinno towarzyszyć każdemu człowiekowi, kapłanowi zwłaszcza. 



Na pytani "Czyj Kościół" każdy z nas powinien odpowiedzieć sobie sam w myśl powiedzenia: "widzę, słyszę, rozumiem"



                                                                                                                         O. Herezjan – pecador



                                                                                           .                               Reguła Pekadorystów Małych


Religia, poznanie, człowiek. Karma. 2015-05-29

Religia, poznanie, człowiek. Karma 


Jakiś czas byłem nieobecny na blogu. Przepraszam.Smile


Nauka wyzwoliła człowieka spod nadużyć Kościołów, ale nie zastąpi religii, a tkwienie Kościołów przy dotychczasowym myśleniu wywołuje powolny, ale nieuchronny proces starzenia się religii, a wiec mitologizuje Boga. W sumie czymże On różni się od gniewnego i pamiętliwego Zeusa? Podkreślam, to bardzo niepożądany objaw.


Stary Testament aż kipi od przemocy rzekomo autoryzowanej Jego kierownictwem i błogosławieństwem. To może zniechęcać, a nawet oburzać, a wiele odłamów naszej religii usunęło niektóre księgi, uznając je za niepotrzebne. Twierdzą, że zdarzeniami z przeszłości Narodu Wybranego powinni zająć się historycy. Powiem więcej, niech antropologowie i astronomowie spierają się o pochodzenie kosmicznej materii i człowieka, jako istoty biologicznej, lecz rdzeń naszej religii jest niewzruszony. Trzeba go tylko oczyścić z niepotrzebnych naleciałości i przywrócić te usunięte wersy, które w przeszłości były niewygodne. Wówczas nasza religia przestanie przypominać jabłko z którego usunięto skórkę, w obawie by nam nie zaszkodziła.


Jak zatem przedstawić Boga? Jak nauczać o Nim, jeśli nie ma innych źródeł, niż te z których korzystamy dotychczas? Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze trzeba zacząć inaczej z nich korzystać i po drugie i najważniejsze: trzeba otworzyć serce przed rozumem. Otóż Siddhartha Gautama, czyli Budda nie ukończył uczelni teologicznej, a ogłosił dwa i pół tysiąca lat temu, Cztery Szlachetne Prawdy i ośmiostopniową ścieżkę postępowania - służące do dziś, bez poprawek i bez nadinterpretacji. Przeczytanie tych objawionych mądrości zajmuje niewiele czasu, kilka minut najwyżej, ale ich zrozumienie wymaga cierpliwości i głębokich przemyśleń.


Czy zatem Buddyzm jest tą religią z której powinniśmy czerpać dodatkową wiedzę?


Mądrości i prawości uczymy się od mądrych i prawych a piękno i miłość jest w nas, trzeba je tylko obudzić i urzeczywistnić własnym życiem.”


Poza tym, wszystkie religie wywodzą się z tego samego pnia. Nie ma dwóch Bogów i nigdy nie było. Nie ma religii lepszej, ani gorszej, a różnice wywodzą się jedynie z tego, że wiedza ta została objawiona nam (ludzkości) w różnym czasie i w różnych kulturach.


Jeśli zatem osiągnięcia nauki, lub przekazy z innych religii, mogą dopomóc, w procesie poznania Osoby Boga, to należy z nich skorzystać i nie powinniśmy obawiać się porównawczych dociekań. Wówczas sami przekonamy się, że wiedza przekazana naszej kulturze nie została nam w żaden sposób ograniczona, a nowoczesny Kościół, jeśli chce zasługiwać na miano powszechnego, musi nauczyć się otwierać kolejne drzwi, drzwi do ekumenizmu przede wszystkim.


 Od czego zatem powinniśmy zacząć, by poznawanie Jego Osoby było fascynującym procesem i by stało się obsesją, w dobrym tego słowa znaczeniu. Jak żyć zgodnie z Jego wytycznymi i nie umartwiać się? Jak korzystać ze zdobyczy materialnego rozwoju i nie popaść w konsumpcyjne sidła? W jaki sposób cieszyć się tą cudowną boską energią jaką jest seks i nie być rozwiązłym?


Sporo kłopotliwych pytań. Zatem jeszcze jedno: kto, w takim razie, powinien nas uczyć Boga i prowadzić przez życie, w dobie zauroczenia dobrami konsumpcyjnymi, kuszącymi wygodną modą na agnostycyzm, w dużej mierze wynikający z niewiedzy?  Niech na razie te pytania pozostaną bez odpowiedzi. Dla wsparcia rozważań na temat niewiedzy posłużę się cytatem, który każe głęboko zastanowić się nad skutkami ignorancji.


Nic cię tak nie osłabia jak niewiedza. Zawał serca, rak, albo utrata jednej nogi, wszystkie razem wzięte nie są tak straszne jak niewiedza. Jeśli się w ogóle nią nie przejmujesz i nie robisz wszystkiego, aby ją ze swojego życia usunąć, wcześniej czy później zrujnuje cię. I dalej: Żaden wróg zewnętrzny nie może być dla ciebie tak niebezpieczny, jak niewiedza, której – właśnie z niewiedzy – jeszcze dajesz nad sobą władzę. Dalej: Niewiedza i katastrofy idą zawsze w parze, jak woda i wilgoć, jak ogień i ciepło. Nie ma tu wyjątku. Strzeż się niewiedzy, módl się o wiedzę. Śpiewaj pieśni, powtarzaj imię Boga i medytuj. Nie myl wiedzy naukowej z tą o którą tu chodzi. Wiedza o której mówię, jest odpowiedzią na pytanie, kim jesteś, skąd przychodzisz i dokąd idziesz. Jeśli znalazłeś odpowiedzi na te pytania i zintegrowałeś je ze swoją duszą, jesteś wolny. ( Spisał prof. Stephan v. Stepski – Doliwa )


Czemu taka okrutna ocena niewiedzy? Otóż niewiedza rodzi pragnienia, a ściślej, nie zapobiega powstawaniu pragnień. Pragnienia są wyrazem tęsknoty za światem duchowym (niebem) z którego dusza, na chwilkę, powraca do życia ziemskiego (materialnego). Owa tęsknota powoduje poszukiwania miłych wrażeń w ciele materialnym. Czasami jest to picie kawy, miła rozmowa czy lampka dobrego wina. Zupełnie niewinne i mało zniewalające, prawda? Jednak o wiele bardziej potrzebne dla zaspokojenie pragnień umysłu jest poszukiwanie doznań znacznie mocniejszych, od których uwolnienie się jest trudne, wręcz niekiedy katastrofalne dla doczesnego życia. Często nie zdajemy sobie sobie sprawę, że nie możemy obejść się bez Internetu, sportów ekstremalnych, aplauzu otoczenia, posiadania władzy, bez papierosów, alkoholu, seksu czy narkotyków. Przyjemności życia materialnego są jedynie słabym i bardzo mglistym odbiciem doznań duchowych, jakie dusza doznaje przebywając w Świecie Niematerialnym. Są tak niemożliwe do porównania, że Św Paweł, opisując to głosi: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy Pan Bóg przygotował dla tych, którzy Go miłują". No bo i niby jak miał opisać doznania duchowe w świecie materialnym? Do czego przyrównać błogostan(?) nieosiągalny nawet w narkotycznym zwidzie?


Przywiązywanie się do dóbr materialnych, a wiec uzależnianie się od nich, powoduje wzrost pragnień. Pragnienia stwarzają Karmę, czyli Prawo Przeznaczenia. Uwolnienie się od tych zależności, od cyklu materialnych narodzi jest bardzo proste. Wystarczy życie w prawdzie, miłości, niekrzywdzeniu, współodczuwaniu i wyrzeczeniu. Każda z tych cech (cnót) nieco inaczej wybrzmiewa w odniesieniu do statusu jednostki i jej życiowych działań. Wyrzeczenie może oznacza zupełnie coś innego dla przedsiębiorcy, finansisty, idola sportowego czy naukowca, a zupełnie coś innego dla kapłana. W tym ostatnim przypadku granica powinna być wyraźna i nieprzekraczalna. Jednak zróżnicowanie pojmowania cnót nie uwolni od Prawa Przeznaczenia. W następnym życiu doświadczanie materialnych bytów może być całkowicie zaskakujące. W tym miejscu koniecznym jest przypomnieć, że nie ma wzoru matematycznego rozwiązującego kwestię kolejnej formy życia, czy osiągnięcia wyzwolenia. Droga do zrozumienia Oceanu Przyczyn i rozwikłania zależności następujących po sobie żywotów jest niezmiernie trudna i mimo wielu publikacji należy zachować spory dystans do tego co głoszą. Wcale nie znaczy, że jeśli w tym wcieleniu z lubością zajadałem się mięsem, to w następnym upadnę do ciała tygrysa lub smoka z Komodo. Albo, że jeśli uzależniłem się od seksu, to czeka mnie życie w ciele np. bezwstydnie kopulującego psa. Nikczemnik i drań nie musi otrzymać ciało robaka pełzającego. Nasza ocena zdarzeń jest mściwa i okrutna. Gotowiśmy karać i pouczać, ale Bóg taki nie jest. On jest miłością i zbawieniem duszy!


Sensem kolejnych żywotów jest podniesienie świadomości obecnego bytu, a więc ukazanie błędów i wynaturzeń (grzechów), nie zaś karanie niższą forma życia. Oczywiście nie wyklucza to obniżenia poziomu bytu do zwierzęcego, zwłaszcza, że niektórzy z nas wykazują się złośliwym okrucieństwem nie godnym nawet miana zezwierzęcenia.


To oczywiście ogromny skrót, ale uszczegółowienie istoty transmigracji, przyczyny jej trwania i sposobu uwolnienia się od więzów świata materialnego, a więc osiągnięcie mokszy-zbawienia nie leży w skrótowej wersji tej pracy.


Tak więc niewiedza wyzwala nie tylko lęki egzystencjonalne, ale także lęki wtórne, polegające na obawach przed samą wiedzą: boję się bo nie wiem, ale jeszcze bardziej boję się wiedzieć. Stare buty rozpadają się, ale nowe może będą uwierać, więc lepiej łazić w dziurawych.


Odsuwamy naukę o transmigracji, bo nie chcemy w przyszłym wcieleniu być robakiem pełzającym. Z takiego rozumowania wynika, że jeśli nie przyjmiemy do wiadomości, że od wielu dni w górach leje deszcz, to czy wówczas unikniemy powodzi w dolinach? Prawda, że to dziecinne rozumowanie? Dziecko zakrywa rączkami oczka, albo odwraca główkę od „brzydkiego pan” i uważa, że „brzydkiego pana” nie ma. Powódź w dolinie jest naturalną konsekwencją wzmożonych opadów w górach. Jeśli ten fakt przyjmiemy do wiadomości, to możemy przeciwdziałać powodziom lub choćby podtopieniom.


Zatem co nas czeka, jeśli w tym życiu mocno nagrzeszyliśmy, albo co gorsze popełniliśmy straszliwą zbrodnię?


Do tej pory dla zbrodniarzy przewidziano piekło, czyli wieczne potępienie, a dla grzeszników mniejszego formatu czyściec, w którym dusza przebywać ma aż do ponownego nadejścia Zbawiciela. Ale Zbawiciel nie przyszedł, mimo że w roku tysięcznym, ówczesny świat chrześcijański oczekiwał zapowiadanego przybycia. Minęło następne tysiąclecie, a dusze w czyśćcu nadal pokutują, bo coś nie tak poszło Zbawicielowi?!?


Piekło niedawno oficjalnie zostało zamknięte (Benedykt XVI). Uznano, że to niedorzeczność w nauczaniu o miłosiernym Bogu, ale zaraz potem jeden z biskupów ponownie uchylił piekielne wrota twierdząc, że jednak piekło ciągle jest obecne w naszym życiu. Zabrzmiało to ponuro, ale skreślanie piekła bez wyjaśnień stwarza konsekwencjionalną pustkę. Jest przecież takie stare i frywolne powiedzenie: „Hulaj dusza piekła niema”.  Oczywiście, nie istnieje i nigdy nie istniało piekło, jako miejsce ostatecznego bytu o bliżej nieokreślonym położeniu, wyposażone w kadzie ze smołą i kosmatą obsługą złożoną z upadłych aniołów, którym zamieniono anielskie skrzydła na czarcie rogi.


Piekło, czyściec, a także niebo są pojęciami mentalnymi, egzystencjonalnie związanymi z ziemskim pobytem. Można zatem powiedzieć, że sami sobie stwarzamy piekło i sami upadamy do czyśćca, ale nigdy nie jest to proces nieodwracalny. Piekło zostało oficjalnie zamknięte, a czyściec nie. Czyściec, umieszczony wyżej w hierarchii kar spełnia, jak sama nazwa wskazuje, rolę oczyszczalni. Tylko nikt nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób można oczyścić coś transcendentalnego, coś takiego jak dusza? Można? Oczywiście że można(!), ale jak? Dusza nieodłącznie związana jest z bytem materialnym do czasu wyzwolenia, zbawienia, czy też mokszy.


Jeśli człowiek zboczył z prawej ścieżki, ale w porę opamiętał się i naprawił wyrządzone krzywdy to dobrze. Co jednak z tą duszą, która odeszła z tego świata w straszliwym grzechu? Co stało się z Hitlerem, Stalinem, Pol Potem, czy Saddamem Husseinem? Ich czyny były przerażające. Cierpienia jakie zadali niezliczonym ludzkim rzeszom są nie do opisania. Czy w czyśćcu te dusze zostaną odplamione i wybielone, zanim zasiądą w Królestwie Niebieskim? Bo przecież dusza ludzka jest nieśmiertelna! Każda dusza jest nieśmiertelna, bez wyjątku. Zatem, w jaki sposób można naprawić dusze takich demonów?


Nie można zamknąć piekła i jednocześnie nie poczynić dalszych koków. Nie ma piekła, pytam? A do kiedy, czy od czasu, kiedy biskupi podali to do publicznej wiadomości? A może piekła nigdy nie było?! Ale wtedy trzeba by się przyznać do oszukiwania wiernych w minionych stuleciach. A co z grzechem śmiertelnym? A co z ciała zmartwychwstaniem?


O. Herezjan - pecador


Reguła Pecadorystów Małych


Dwa święta . Wielkanoc - Zmartwychwstanie 2015-03-29

Dwa święta. Wielkanoc - Zmartwychwstanie.


Bóg narodził się z kobiety, żeby umrzeć w mękach, a po trzech dniach zmartwychwstać. Właściwie na tych dwóch wielkich wydarzeniach oparta jest religia chrześcijańska. Tymczasem Jego życiu towarzyszyły zjawiska ponad naturalne, jak uzdrowienia, wskrzeszenia i zmartwychwstanie. To wszystko zostało zapamiętane w liturgiach, ale nauki Chrystusa są jakby na drugim planie, a Jego prawość, cierpliwość, wyrzeczenie, a przede wszystkim miłość i poświęcenie, jako wzory cech ludzkich, są zbyt mało dostrzegane. Co rok odtwarzane są misteria Golgoty, ale to co stało się w chwili cielesnej śmierci Zbawiciela, a więc słowa, które wypowiedział konając na krzyżu nie są do końca rozważane. Mówi się o tajemnicy krzyża, czyli o męczeńskiej śmierci, zmartwychwstaniu i o tym co przez Jego mękę i śmierć dokonało się.


Eloi, Eloi, lama sabachthani?, co tłumaczy się Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił, a potem przydzielił opiekę nad Matką umiłowanemu uczniowi i skonał dopowiadając: Wykonało się!


Według Łukasza Chrystus powiedział; Ojcze, w ręce Twoje polecam ducha mego. Chociaż ta wersja wygląda na mocno literacką, to przecież sens został zachowany.


Eloi, Eloi, lama sabachthani? Co słowa wypowiedziane w takim momencie miały oznaczać? Zwątpienie(?), a może skargę?


Śmierć Chrystusa, a wcześniej męczenie i znieważanie Jego Osoby, jest bezprzykładna. Nie ma drugiego takiego zdarzenia w historii Cywilizacji Zachodniej. Ukrzyżowanie było karą często stosowaną w imperium rzymskim, a ludzie od zarania dziejów zadają sobie wzajemne męczarnie i straszne katorgi: są głodzeni, torturowani, umierają w obozach zagłady, czekają na bandyckie egzekucje. Jeśli do tego doda się choroby, które uśmiercają, pozostawiając świadomość nieuchronności, to powstaje obraz cierpień o wymiarach koszmaru.


Ale zawsze, we wszystkich przypadkach, cechą życia materialnego jest dbałość o życie doczesne, a ludzka psychika bezbłędnie podsuwa nadzieję nawet wtedy, kiedy oprawcy stawiają pod murem, nad krawędzią dołu, czy kolbami wpychają do komór gazowych. Jedni liczą na cud a inni pogodzeni z brutalnym losem, pokornie poddają się oprawcom. Być może słyszą wewnątrz siebie głos: nie lękajcie się Ja na was czekam i jak owce, bezwładnie idą na rzeź.


Jednak nikt z umierających śmiercią okrutną i niesprawiedliwą, nie znał swojego losu wcześniej i nikt, świadomy mającej nadejść męki, nie poddał się jej dobrowolnie dla realizacji boskiego celu: podniesienia świadomości ludzkiej.


Chodził, nauczał, uzdrawiał i wskrzeszał i znał, widząc jak na ekranie, każdą sekundę swojego przeznaczenia, aż do ostatniego oddechu. Ilu widziało w nim Boga, ilu króla żydowskiego, a ilu tylko syna cieśli z Nazaretu?


Wszyscy powinniśmy tę niesamowitą chwilę, zmieniającą świat, przemyśleć i szukać odpowiedzi dla słów Eloi, Eloi, lama sabachthani? Kto wypowiadał te słowa, Jezus Bóg, czy Jezus Człowiek? I co ważnego tymi słowami nam przekazywał Jezus Bug i Jezus Człowiek? Boże mój Boże, czemuś mnie opuścił?!


A potem zdjęto ciała trzech ukrzyżowanych i pogrzebano, ale jeden z dwóch złoczyńców, jeszcze tego dnia dostąpił zbawienia. Czemu, skoro był przestępcą i łotrem zasługującym na tak straszną i upokarzającą śmierć? Czemu Jezus zagwarantował mu zbawienie?: otóż, Jezus był synem Ojca, Bogiem Wcielonym, a wg sanskrytu Awatarem: Ojciec i ja to jedno i znał przeszłe żywota obu złoczyńców i widział skruchę i żal za czyny dokonane jednego z nich, a przede wszystkim ogromną wiarę tego człowieka, więc go uwolnił. Zmartwychwstanie, czyli powrót Jezusa ze świata umarłych, stał się podwaliną w rozwoju religii ogarniającej świat. J.M. Roberts powiada:


Aby znaleźć coś, co miało wpływ porównywalny z chrześcijaństwem, musielibyśmy wziąć pod uwagę nie pojedyncze wydarzenie, ale wielkie procesy, takie jak uprzemysłowienie lub zlodowacenie klimatu w czasach prehistorycznych, które są ważnymi rozdziałami w naszej historii.”


Samo życie Jezusa, mimo Jego charyzmy i etycznego przesłania Jego nauk, nie wystarczyłoby na zmianę biegu historii. Po Jego śmierci cielesnej umarłyby też Jego nauki. Potrzebny był zatem wstrząs kulturowy budzący świadomość człowieczeństwa i jego wiecznego związku ze Stwórcą. Zmartwychwstanie było tym wstrząsem odrzucającym skostniałą tradycji jerozolimskiej świątyni i jej zarządców.


Kiedy Jezus zmartwychwstał, działy się dalsze tajemnicze rzeczy: nie poznali Go najbliżsi i nie pozwolił się dotknąć... Tych zjawisk nie można pomijać nie szukając wyjaśnienia i zrozumienia.


Ciało Jezusa zniknęło. Nie znaleziono Jego Zwłok. Jak zatem można wytłumaczyć takie bezprecedensowe zjawisko, oprócz nazwania go cudem? Można uznać, posługując się prostym naukowym nazewnictwem, że nastąpiła dematerializacja martwych struktur materialnych, czyli Jego Martwego Ciała, a potem stopniowe odtworzenie Jego pierwotnej formy.


Musieli Go przecież zobaczyć żywego, dotknąć i poczuć, żeby mogli uwierzyć. Może określenie: „Nie poznali Go” jest błędnie rozumiane?


Czy gdybym spotkał kolegę, który zginął w wypadku, to czy podszedłbym do niego i pozdrowił: cześć Adamie? O nie! Z pewnością nie! Raczej uznałbym, że to ktoś bardzo podobny, bo przecież byłem na pochówku prochów mojego przyjaciela Adasia.


Nauka wyjaśnia teorię rozpadu materii bez alokacji czynnika sprawczego, ale technologicznie nie potrafi tego dokonać nawet w warunkach laboratoryjnych, a cóż dopiero odwrócenie tego procesu, czyli połączenie praatomów w pierwotny i na dodatek żywy twór. Jak na razie nie potrafimy odtworzyć spalonej zapałki, a przecież jej atomy rozpłynęły się gdzieś w przestrzeni i zgodnie z teorią, że w przyrodzie nic nie ginie, muszą lewitować, gdzieś obok nas.


Triumf nauki zmienił oblicze świata, ale wciąż nie dostarczył odpowiedzi na najważniejsze pytania: Skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy?


Tej odpowiedzi powinniśmy oczekiwać od naszej religii, ale jak widać instytucje kościelne nie kwapią się z odpowiedzią. Są nazbyt skostniałe, by takiej odpowiedzi udzielić. Boją się, że jednoznaczna odpowiedź oznaczać będzie utratę władz. Na to nigdy się nie zgodzą dobrowolnie.


Poza tym nie należy przecież przypuszczać, że dwa krzyże, obok Krzyża Zbawiciela, były poza boskim planem i znalazły się tam zupełnie przypadkiem. Nie jest też absurdem to, że Wszechmocny Bóg, pozwolił ukrzyżować swego Syna, żebyśmy poznali prawdę o Życiu Wiecznym - a tu, niespodziewanie, setki milionów ludzi na całym świecie, od Jasnej Góry, poprzez Lourdes, Fatimę, Guadalupę aż do Medjugorie, modli się do Jego Matki, zamiast do Niego Samego(!)


Nie ma i nigdy nie było przypadku we Wszechświecie. Stworzenie jest Absolutne, czyli precyzyjnie zaplanowane i harmonijnie trwające, zatem Maryja nie jest poza Wielkim Boskim Planem. Ona jest także Objawieniem Boga i doprawdy nie potrzebne jest Jej „niepokalane poczęcie”, czy inna niedorzeczność: „wieczne dziewictwo”.


Do naszej religii dorabiano i nadal dorabia się fałszywe teorie, żeby ich twórcy mogli upewnić siebie samych o słuszności swoich nikczemnych postępków!


O. Herezjan - pecador


 


Kali - Juga. Ucho igielne 2015-03-26

Kali-Juga. Ucho igielne


 Obecna epoka, nazywana w Wedach: Kali-Juga, charakteryzuje się upadkiem obyczajów, pomieszaniem zła i dobra, odejściem od religii. Życie moralne nie jest poważane, a cnoty archaicznym przeżytkiem.


Trudno jest być otwartym na nowoczesność i jednocześnie bogobojnym. Każdy, kto nie utracił kontaktu z rzeczywistością dobrze to wie, wiec jak żyć?


Z życia trzeba korzystać, ale inaczej korzysta ten, kto uważa, że początkiem życia jest klaps od akuszerki, a końcem klapniecie wieka trumny, a inaczej ten, kto uświadamia sobie związek z Bogiem i traktuje ziemski pobyt jak maleńką chwilkę w boskim czasie stwarzania i istnienia.


Ani asceza, ani permanentna kontemplacja nie są wskazaniem czy zaleceniem. We wszystkich działaniach życia potrzebny jest szlachetny umiar, czyli droga środka. W każdej żywej istocie jest Pierwiastek Boski – Życie, taki sam jakościowo, lecz przebywający w istotach będących na różnym poziomie ścieżki rozwoju.


Cywilizacja zachodnia wzrosła na chrześcijaństwie i w tej religii powinna pozostać, ale zmiany w myśleniu o zbawieniu, mokszy, czy nirwanie muszą ulec przeobrażeniu, bo zbawienia nie można ani kupić, ani sprzedać, jak to w przeszłości bywało, a teraz nadal jest praktykowane. Chęć do uzyskania zbawienia, do wyzwolenia się z łańcucha narodzin i śmierci, do zespolenia się z Nim, Najwyższą Osobą Boga, jest w nas, w każdej żywej istocie.


Pozostaje pytanie, dlaczego Kościół, jako instytucja, z tak niezrozumiałą zaciekłością, dystansuje się od nauki o reinkarnacji i zaprzecza istnieniu jakichkolwiek biblijnych przekazów na ten temat? Zwłaszcza, że nasza religia jest chyba jedynym religijnym organem, który nie sankcjonuje wędrówki dusz, czyli reinkarnacji, lub jak kto woli transmigracji dusz.


Po pierwsze: od kiedy Imperium Romanum, uznało chrześcijaństwo za religię państwową, kościół zyskiwał władzę także świecką i jak każda władza, tworzył wokół siebie instytucję nieomylności i ubierał naszą religię w kanony wiary i dogmaty, jak ten o niepokalanym poczęciu Najświętszej Marii Panny.


Po drugie: jedno życie jest niezmiernie wygodnym narzędziem do manipulacji i wymuszania posłuszeństwem wobec Kościoła poprzez strach. Jeśli popełniłeś grzech śmiertelny to czeka cię wieczne potępienie, czyli wiekuiste ognie piekielne i nie ma odwrotu, nie ma naprawy. Można tym straszyć, wymuszać, a potem sprzedawać odpusty, ale(!) jeśli będziesz spolegliwy kościołowi to czeka cię nagroda w niebiesiech.


Tu znów zacytuję słowa Rabi’i Al.-Adawijji (Irakijka 717 - 801) :  Trzeba kochać i czcić Boga nie bojąc się kary, ani nie oczekując na nagrodę.


Co prawda jedną z kar, czyli piekło niedawno oficjalnie zamknięto ale grzech śmiertelny pozostał jakby zapomniany, a przecież to piekło było jego nieuchronną konsekwencją. Poza tym biskupi nadal straszą szatanem, jakby nic się nie stało w przestarzałych, a więc zużytych, katechetycznych dogmatach.


Skoro Bóg jest miłością i nie zaprzepaszcza nikogo, nawet najbardziej zatwardziałego grzesznika, to w jaki sposób zatwardziały grzesznik dostępuje zbawienia? Trudno jest wytłumaczyć miłosierdzie i jednoczesną sprawiedliwość w dotychczasowym nauczaniu o Bogu.


Wiedza o transmigracji dusz, podobnie jak osiągnięcia nauki, wyzwala człowieka spod nadużyć Kościołów. Daje niezbywalne poczucie wolności i bezpośredniej jedności z Osobą Boga. Pozwala wzrastać duchowo i rozwijać świadomość.


Coraz częściej odbieramy pobyt na ziemi jak niewielką chwilę w istnieniu wszechświata i jednocześnie jak coś trwającego wiecznie. Człowiek, który zyskał świadomość wieczności zarządza sobą i swoim środowiskiem racjonalnie. Przestaje śmiecić, nie niszczy i oszczędza to co zyskał. Nie wywyższa się nad innych z powodu urodzenia i nie zazdrości tym, którzy osiągnęli więcej. Użytkuje świat, jak dar dla siebie, który trzeba pozostawić dla innych i dla siebie samego, a więc dostrzega własne położenie i bogactwo życia, jakie go otacza.


Nie sposób przecenić świadomej wieczności i powtarzalności życia materialnego. Reinkarnacja jednak nie zapewnia najważniejszego: gromadzenia się w poszukiwaniu jedności z Bogiem. To powinien zapewnić Kościół nauczając Religii Miłosiernego Boga.


Śmierć zrównuje wszystkich, tak jak ponowne narodziny wyrównują szansę na lepsze życie, a Boska sprawiedliwość polega na tym, że o wiele łatwiej bogatemu, zdrowemu i pięknemu utracić to co miał, niż biedakowi zyskać. I nie chodzi tu o bankructwo, czy dziedziczenie fortuny, lecz o utratę, lub zyskanie rozwój na szczeblu duchowym.


Człowiek staje się zakładnikiem gromadzenia dóbr i lęku przed ich utratą. Chęć posiadania może łatwo stać się przyczyną rozwiązłości i deprawacji duchowej. Znamy przestrogę Jezusa o uchu igielnym, którą tak chętnie cytujemy, a którą chyba nie do końca rozumiemy poprawnie. Ta przypowieść jest niezmiernie łatwa do wyjaśnienia dzięki wiedzy o transmigracji. Otrzymujemy ciało, (także partnera życiowego), które idealnie pasuje do naszej transcendentalnej (duchowej) ścieżki rozwoju z uwzględnieniem poprzednich żywotów. Nie ma tu błędów, czy pomyłek: Jestem przystojny, zdobyłem wykształcenie, pozycję życiową, wiedzie mi się coraz lepiej, otacza mnie przepych i przyjaciele. Potrzebuję coraz więcej i więcej: dom, basen, samochody, alkohol, nowe partnerki...


I wszystko jasne z tym uchem igielnym, czyli takim otworem w murze, przez które przeciśnie się człowiek, ale wielbłąd nie!


Szanse tych, którzy w mozole dnia wykuwają swoją przyszłość, wiążąc konieczność z końcem - nie dosypiając po nocach, są zupełnie inne, ale w następnym życiu mogą zostać „wynagrodzeni” i mogą być przystojni i zdobyć wykształcenie i bogactwo...


 


O. Herezjan - pecador


Reguła Pecadorystów Małych


 


Teoria pośrednia 2015-02-07

Teoria pośrednictwa


Zacznijmy od przypomnienia kilku tytułów niegdyś rozchwytywanej literatury popularno naukowej, która potrząsnęła ugruntowanymi kanonami religijnymi, zmieniając światopogląd wielu ludzi i nakazując zastanowić się nad naszym pochodzeniem i związkami z Boskim Wszechświatem. Najgłośniejsze  dzieła to:  Dzieci wszechświata, My z kosmosu , Dwunasta planeta i setka innych, nie mniej interesujących publikacji inspirujących do miana popularno-naukowych. Wszystkie one dowodziły, z mniejszym lub większym skutkiem, że istnieją dowody na związki naszej cywilizacji z cywilizacjami pozaziemskimi.


Tajemniczy przybysze pojawiali się, w bardzo zamierzchłych czasach, na Jukatanie, w deltach Nilu, Gangesu, Indusu, na półwyspie Indochińskim, czy w dorzeczach Eufratu i Tygrysu, gdzie powstała kultura sumeryjska, dająca początek cywilizacji, w której doświadczamy życia. Słowem wszędzie tam, gdzie warunki klimatyczne i geograficzne sprzyjały tworzeniu się zaczątków wielkich kultur, pojawiali się „Oni” i czczeni za swoją wiedzę i umiejętności, przywdziewali miano bogów. Być może początkowo wzbraniali się przed taką formą, ale szybko przekonali się, że w ten sposób o wiele łatwiej mogą komunikować i zarządzać prymitywnymi istotami ziemskimi. Ich cywilizacja była u progu podróży we wszechświecie w sposób niemal nieograniczony, albo, w owym czasie mogli pojawiać się na Ziemi, jak twierdzi prof. Zacharia Sitchin, zgodnie ze swym cyklem orbitalnym trwającym 3 600 lat. Można więc uznać, że tyle trwa ich rok. Naszych praprzodków, którzy nie potrafili łupać kamienia, nauczyli budować, uprawiać, hodować, liczyć, obserwować gwiazdy i pisać na glinie. Przekazali tyle swojej wiedzy i w takiej formie, żebyśmy tę wiedzę zdołali wchłonąć, jako dopiero wznosząca się kultura rozumu. To miałby być ten wspaniały zapłon, który pobudził nasz napęd cywilizacyjny i (być może) stał się tym brakującym ogniwem w rozwoju człowieka, którego poszukujemy do dziś.


Trudno kategorycznie odrzucać taką teorię. Przypominam, że jeszcze w XVI w, do tego stopnia kategorycznie odrzucano teorię Kopernika, że głoszących tę „herezję” palono na stosie.


W tym miejscu pozwolę sobie rozwinąć dalszą część opowiadania o dr. Żaba, który nie potrafił pojąć opowieści swojego przyjaciela wieloryba o wielkości oceanu. Otóż dr. Żaba zainspirowany tymi opowieściami, postanowił zobaczyć na własne oczy wielkość oceanu, zwłaszcza że woda w jego studni zaczęła wysychać. Rozpoczął mozolną wspinaczkę ku górze studni. Wysiłek był ogromny. Żaba wielokrotnie odrywał się od ścian kamiennych kręgów i wpadał do błotnistej mazi. To był dla niego niewyobrażalny wysiłek. Kiedy wreszcie, po wielu wyczerpujących próbach, dotarł do krawędzi studni ogarnęła go uzasadniona euforia. Ujrzał inny świat. Nie wiedział jeszcze, że dalej czeka go o wiele trudniejsza droga. Musi dotrzeć do najbliższego bajora, stawu, potoku, albo jakiejś rzeczki, później do większej rzeki i jeziora, aż wreszcie, jak mu starczy życia, stanie nad brzegiem ogromniej wody. Ale i wówczas niewiele zobaczy, bo jego horyzont załamie się na grzbiecie pierwszej fali...  I właśnie my, jako ludzkość, dotarliśmy do krawędzi naszej cywilizacyjnej studni, a obwieszczamy sami sobie, w zupełnie nieuzasadnionej euforii, że oto podbiliśmy kosmos!!! Cóż za niedożeczność!


Nasze osiągnięcia to Księżyc, sondy na Marsie i niebawem..., właśnie, bo niebawem, czyli gdzieś w połowie 2015 roku sondy Voyager opuszczą Układ Słoneczny, ale uwaga(!), NASA wysłała w kosmos te sondy w 1977 roku(!), czyli, że na opuszczenie naszego gniazda potrzebujemy 38 lat, a do najbliższego układu słonecznego, który w ogóle nie jest podobny do naszego, mamy jedynie niewiele ponad 10 lat świetlnych!!!


Być może za kilkadziesiąt lat odkryjemy takie tajemne prawa, pozyskamy takie technologie i możliwości, które pozwolą nam podróżować na inną, podobną naszej, planetę, odległą o setki tysięcy lat świetlnych. Tam, być może, zastaniemy rozwiniętą formę życia biologicznego: zwierzęta, rośliny, oceany i małpolud, który odróżnia się od reszty stworzenia swoją przebiegłością i innymi cechami, które cenimy. Na razie łupie kamień i poluje, ale...


I tu zacznie się mozolny cykl edukacyjny inteligentnych człekopodobnych stworzeń. Kiedy po kilku latach ziemska ekspedycja ponownie odwiedzi planetę, nazwijmy ją Mu-Mu, jako że jedynie takie odgłosy wydobywali tubylcy, opadną Ziemianom ręce. Istoty rozumne niemal nie dokonały postępu. Im minęło kilka tysięcy lat, a oni nadal łupią kamień i wyrywają sobie ochłapy, a jedynym objawem postępu jest to, że zorganizowali się w grupę i łupią sąsiednie plemiona.


Wówczas trzeba byłoby podjąć desperacką próbę. Ekspedycja, składająca się z wielu specjalistów różnych dziedzin, pozostałaby na ich tysiąc lat - może więcej, by uczyć upraw, czytania z gwiazd, pisania, liczenia, wytapiania i budowania. Przede wszystkim zaś odróżniania dobra od zła, bo te kategorie każdy prymitywny lud traktuje dość swobodnie. W międzyczasie nasi genetycy podjęliby próbę uszlachetnienia gatunku, ale cóż począć, jeśli chromosomy Mumian okażą się otępiałe i egzemplarze w ten sposób uzyskane będą wadliwe: kiepska pamięć, nie trzymanie moczu, brak odporności i przedwczesne umieranie...


Nie ma czasu na czekanie aż ewolucja w sposób naturalny, ale niezmiernie powolny, dokona stosownych zmian. Ziemianom potrzebna jest nowa planeta. Skrócić ten proces można jedynie metoda prokreacyjną. Tak więc ziemskie jajo zostałoby zapłodnione nasieniem pochodzącym od osobnika płci męskiej z Mu-Mu, a następnie, kiedy okazałoby się, że zrodzone z tego kosmicznego związku istoty ludzkie, płci żeńskiej, mają właściwe cechy fizyczne, to Ziemianie (bogowie) pojmą za żony urodziwe kobiety z Mu-Mu. (Czytamy o tym w różnych religijnych przekazach.)


W tym miejscu nasuwają się dwa pytania. Po pierwsze: czemu przybysze uznawani są za bogów i drugie pytanie: czemu nie nauczają prawdy o Nim, o Bogu Wszech-istniejącym?


Odpowiedź na pierwsze pytanie zawiera dowód na związek zarówno materialnych zdarzeń i nierozerwalnych powiązań duchowych z Osobą Boga, który stwarzając Wszechświat, umieścił w stworzeniu Siebie, tworząc pramaterię w postaci duchowej i materialnej, oraz umieszczając Swoje energie wewnątrz Stworzenia i w ten sposób dokonał Swojego Dzieła. Dzieła, które powoli odkrywamy. Stąd otwarta, bądź mniej świadoma tęsknota za Nim i stąd budowanie w zamierzchłych czasach Jego wizerunku w religiach, które dzisiaj ochoczo nazywamy pogańskimi i stąd też oczekiwanie na Jego przybycie.


Każdy pamięta ze szkoły, że hiszpańscy konkwistadorzy zostali przyjęci przez Majów, jak wyczekiwani bogowie. No cóż, Monte Zuma posiadał złoto i srebro, lecz, na swoją zgubę, nie znał ani prochu, ani stali.


Zanim zstąpił nasz Zbawiciel były inne wiary, inni bogowie, których nikt nie przekazywał prymitywnym ludom i o których nikt nie nauczał, a które w sposób naturalny zamieszkiwały serca barbarzyńskich plemion. Dla tych bogów wznoszono kamienne kręgi, prastare świątynie i dla nich budowano ołtarze ofiarne i na różne sposoby ich czczono i adorowano.


Trudno prymitywnej społeczności przekazać całą poznaną dotychczas prawdę o Stwórcy, jeśli lękliwie i bałwochwalczo nie odrywają czoła od ziemi na nasz widok. Jeśli im się powie, że są takimi samymi boskim stworzeniami jak my i niczym się od nas nie różnią, to albo w to po prostu nie uwierzą, albo co gorsza uwierzą. I to jest bardzo zgrubna odpowiedź na drugie pytanie. Myślę, że Mumianie potrzebować będą sporo czasu na własne epokowe odkrycia. Upłynie kilkaset tysięcy ich lat, zanim narodzi im się Kopernik, Magellan, Darwin, Einstein, a ich rodzimy Hubble będzie musiał odkryć, że Wszechświat ciągle się rozszerza i powstał wskutek Wielkiego Wybuchu i że w odległej galaktyce jest podobny układ słoneczny, gdzie istnieje życie, takie samo jak ich życie i że to właśnie z tamtą pochodzi ich cywilizacja.


Najpierw jednak będą prowadzić straszne wojny i będą zatruwać swoją planetę. Nie uszanują Awatara, który zstąpi by przekazać im światło prawdziwego Boga, aż wreszcie rozwiną taką świadomości i posiądą taką wiedzę techniczną, że wzbiją się na samą krawędź swojej cywilizacyjnej studni, dumni że podbili Kosmos.


To są zwyczajne prawa rozwoju: jednostki, gminy, społeczeństw, całych cywilizacji. To są Boskie prawa rozwoju życia we Wszechświecie.


Byłoby zarozumialstwem twierdzić, że ta Niepojęta Siła Osoby Boga, który stwarza, utrzymuje i obdarowuje życiem wszechświaty, który odsłania swoje energie, który daje nam rozum i miłość - Stworzył jedną jedyną formę świadomego życia i tym jedynym życiem jesteśmy właśnie my - pępek rodzaju.


Jednak zanim wyruszymy odkrywać i zdobywać, ulepszać i edukować, zanim weźmiemy na siebie boskie brzemię głoszenia Praw Wszechświata, to najpierw czeka nas podniesienie własnej świadomości do poziomu wyższego bytu.


Tak długo, dopóki wybuchają wojny, trwają konflikty lokalne, dopóki choćby jeden człowiek będzie cierpiał głód... tak długo nie będzie możliwe osiąganie odległych planet. Stwórca tak „pomyślał” Swoje Dzieło, żebyśmy, w swych odkrywczych zapędach, nie stali się... konkwistadorami kosmosu.


Nasza cywilizacja rozwinęła się materialnie bardzo wysoko i mamy prawo szczycić się ogromnymi osiągnięciami, zwłaszcza ostatnich lat, ale przecież nie jesteśmy nawet o krok od zbudowania pojazdu mknącego w przestrzeń z prędkością choćby tylko pod-świetlną. Zresztą nawet gdyby tak się stało, gdyby udało nam się pokonać masę problemów natury techniczno-biologicznej, to co prawda uwolni to nas, jako ludzkość, od naszego Układu Słonecznego w kilkanaście godzin, ale na tym koniec. Dalej nasza materialna technologia podróżowania, którą dopiero być może nabędziemy, nie sięgać będzie w niewyobrażalne odległości przestrzeni kosmicznej.


 Uwaga końcowa:


Prędkość pod-świetlna, to prędkość minimalnie mniejsza od prędkość światła i porównawczo jest nieistotna. Materia poruszająca się z prędkością równą prędkości światła, staje się światłem. Zatem ta sama materia, zgodnie z teorią Einsteina, nie może poruszać się z prędkością przekraczającą prędkość światła, czyli ok. 300 tyś km/s, a to za mało, by osiągać miliony układów słonecznych bytujących tylko w naszej galaktyce.


Naszą Drogę Mleczną możemy zaobserwować na rozgwieżdżonym niebie, w postaci rozświeconej mglistej wstęgi. To centrum galaktyki, obserwowane z naszej Ziemskiej pozycji, gdyż znajdujemy się na dalekich obrzeżach Drogi Mlecznej.


Jeśli jakiś naukowiec, demonstrując w laboratorium zasadę działania silnika fotonowego, twierdzi, że już niebawem... To po prostu cynicznie nas oszukuje, bądź jest nieświadomym i zapalonym twórczo ignorantem. Usprawiedliwia go jedynie to, że to zapaleni twórczo ignoranci, nie zdający sobie sprawy z niemożliwego, tworzą...   rzeczy możliwe.


Z dziecinną łatwością potrafimy ocenić i wyszacować wartość odległości, np z Kielc do Warszawy, albo do Szczecina, zwłaszcza, że czas podróży samolotem do np. Barcelony, czy Istambułu trwa znacznie krócej. Nawet odległość do Księżyca jest łatwa do przyswojenia, ale..., ale odległość do sąsiadującej z naszą galaktyką, galaktyki Andromedy, odległość liczoną w setkach tysięcy lat świetlnych, jest dla naszych umysłów zupełną abstrakcją.


Stosunkowo łatwo możemy wyobrazić sobie wartość liczbową stu tysięcy. Niektórzy tyle zarabiają w jeden miesiąc, ale jeśli mówimy o odległości mierzonej w setkach tysięcy(!), a nawet, w milionach latach świetlnych, to podświadomie bagatelizujemy wielkości liczbowe, które w żaden sposób nie dają się porównać, nawet z największymi gażami celebrytów tego świata.


 O. Herezjan – pecador


Reguła Pecadorystów Małych


Śmierć nagła. Fałszywe nauczanie o Bogu. 2014-11-01

Śmierć nagła. Nauczanie o Bogu (fałszywe)


 Idąc tropem wszechwładnej śmierci, obezwładniającej zwiotczałe starością ciała lub całkiem jędrne, jeszcze w kwiecie wieku, albo co bardziej smutne, zupełnie dziecięce, niewinne, niespełnione egzystencjonalnie, nagle i dość niespodziewanie odwołane ze świata do Wiekuistości, którą przykrywa także wiekuista ciemność, aż do Sądu Ostatecznego, kiedy to zostanie oddzielone ziarno od plew. Przepraszam, za sarkazm, trącony średniowieczną retoryką, ale to jest jedynie wstęp do naprawdę poważnych rozważań.


 Jadąc w autobusie mimowolnie podsłuchałem rozmowę dwóch kobiet (babć). Jedna pochwaliła się uroczystością chrztu czteroletniej wnuczki i zaraz potem musiała tłumaczyć się z tak opóźnionego sakramentu, że odkładano z roku na rok bo chrzestna ciocia w Ameryce itd.  Ta druga nie kryła troskliwego oburzenia: Gdyby coś niedobrego się stało, - tłumaczyła tej pierwszej - no wie pani, jakieś straszne nieszczęście, jakaś ostateczność... to dziecko nie zobaczy Pana Boga. (!)


Innym razem, powracałem z urlopu, a tu na drodze wypadek. Policja, pogotowie i straż pożarna. Wyraźnie widać, że ktoś z przeciwka wymusił pierwszeństwo. Może dokądś się spieszył?


Na poboczu dwa czarne worki, a w rowie roztrzaskany wrak samochodu. Nieco dalej idzie strażak, w tym swoim przepisowym uniformie z odblaskowymi paskami i wielkim czerwonym hełmie. Idzie powoli, a na rękach niesie coś maleńkiego, nakrytego kocykiem. Z pod tego kocyka wyglądają dwie maleńkie stópki. Jedna z sandałkiem, a druga bosa... Doprawdy trudno ten widok zapomnieć.


Corocznie, w dniu Święta Zmarłych, odwiedzam cmentarze, na których spoczywają szczątki moich bliskich i co roku napotykam ten sam smutny widok. Na każdym cmentarzu jest takie wydzielone miejsce, gdzie chowa się maleńkich obywateli tego świata, którzy nie doczekali pełni barw życia: nie mieli możliwości dojrzewania, doznania pierwszej miłości i pierwszego życiowego zawodu. Nie doświadczyli małżeństwa, potomstwa, starości i spokoju odejścia z tego świata, a więc mistycznego pojednania z Nim, czyli z Najwyższą Osobą Boga. Na steli takiego nagrobka czytam:


Piotruś R...


żył pięć latek      i dalej w epitafium krótkie wyjaśnienie:     Bóg tak chciał


albo tuż obok, na steli miniaturowego grobu Joasi, niewiele większego od pudełka na buty, takie wyjaśnienie:


Joasia żyła trzy dni,     i dalej:        Pan Bóg dał, Pan Bóg zabrał


Cóż za okrutna niedorzeczność!? Powtórzę, cóż za okrutna niedorzeczność?! Z jednej strony przejaw wielkiej, uzewnętrznionej pokory, wobec rzekomych wyroków boskich, a z drugiej absurd i niedorzeczność.


Co, tak naprawdę, może czuć matka, która nosiła Joasie pod sercem przez dziewięć miesięcy, a potem karmiła i tuliła do piersi maleństwo... tylko trzy dni? Jeśli naprawdę uważa, że Bóg dał jej córeczkę i zaraz potem zabrał, jako okrutny pan i władca życia, to czy pogodziła się z tzw wyrokiem boskim, czy raczej nosi w sercu utajoną lecz uzasadnioną urazę do Boga?


Zastanawiam się w tym miejscu skąd takie rozumowanie i skąd taka, nie wzdragajmy się przed dosadnym określeniem, skąd taka średniowieczna retoryka? Kto wskrzesił i ugruntował takie rozumowanie i kto nie reagując i nie nauczając prawdy, przyzwala na takie fałszywe wyobrażenia miłosiernego Boga?


Bóg nikogo nie karze i nie zaprzepaszcza! Nie odbiera matce niemowlęcia i nie zabiera Piotrusia - nieuleczalnie chorego na raka!


Bóg nie ostrzył mieczy Rzymianom i nie kuł toporów Wikingom! Bóg nie wymyślił napalmu, nie budował gułagów na Syberii i krematoriów w Auschwitz. Bóg nie zrzucał bomb atomowych i to nie Bóg wznosi mega-fabryki, w których produkowane są szybkie samochody...! Bóg nie modyfikuje nam żywność i nie emituje dwutlenek węgla do atmosfery. To nie On spowodował katastrofę w Czarnobylu i to nie Bóg, lecz nasza zachłanność, poraziła zwierzęta chorobą nazywaną w skrócie BSE, która pochłonęła setki tysięcy krów tylko w jednym z państw UE. I wreszcie: Bóg nie wywołał u nas choroby stulecia, nazywanej w skrócie AIDS, która brutalnie skraca życie milionom ofiar.


To jest ołtarz ofiarny naszej cywilizacji. Cywilizacji, która cynicznie i zachłannie czyni sobie Ziemię poddaną. Absurdem jest to, że mając świadomość szkodliwości naszych działań - nie chcemy, lub nie potrafimy z nich zrezygnować. Przypomina to podcinanie gałęzi, na której rozsiadła się, tak zwana, Cywilizacja Zachodnia.


Bóg jest miłością, zbawieniem duszy, jak głosi pieśń, zatem stale i niezmiennie łagodzi nasz los, mimo że tego często nie dostrzegamy. Nie odrzuca nieochrzczonych, a zbawienie duszy ludzkiej jest Jego priorytetem.


Dzisiejsza nauka jest w stanie wyjaśnić większość przyczyn, które przedwcześnie zabierają życie ludziom i powodują wzrost zachorowalności na raka, zwłaszcza wśród dzieci - w ostatnich latach niemal dwukrotny - tak jak potrafi wyjaśnić przyczynę powstawania tsunami, zmian klimatycznych, dziury ozonowej, konfliktów militarnych, narodzin supernowej, czy informacji zawartych w kodzie DNA.


To nasza kreacja! To nasza wolna wola! Wolna wola, z której nikt nie chciałby zrezygnować, a która powoduje, że uczymy się nie z ksiąg objawionych lecz poprzez doświadczanie rozmaitych zdarzeń. To jest nasz stosunek do rzeczywistości, w której przyszło nam żyć i którą sami tworzymy w myśl Jego przykazania:


Czyńcie sobie Ziemię poddańczą!


Teologia lęku przed Bogiem, przed Jego rozlicznymi karami, przed Jego gniewnymi wyrokami okrywa katolicki świat od stuleci. Zmiana retoryki w naszym Kościele nie nastąpi samoistnie. Nie nastąpi także pod wpływem wypowiedzi Franciszka(!), bowiem On (Franciszek) nie tylko wzywa księży, proboszczów i biskupów, tych otępiałych pychą i samowolą!


Franciszek wzywa także nas! Bo Kościół Jezusowy, to przede wszystkim My!


My, głupiutcy i mało świadomi parafianie – bo w nomenklaturze Kościoła Rzymskokatolickiego parafianie to właśnie My... malutcy, posłuszni i głupiutcy. Uświadommy sobie to wreszcie!!! Oni nas nadal traktują, jak mało rozgarniętych średniowiecznych prostaczków! Nie potrafią dostrzec tego, co zmieniło się w ostatnich latach, latach w naszej świadomości, torującej drogę do egzystencji człowieczeństwa? Co dokonała nauka? Co osiągnął człowiek na drodze do ewolucyjnego rozwoju gatunku? Czy nauka może dopomóc religii? Otóż może, bardzo wiele, ale tego nie wizą ani biskupi, ani kardynałowie, ani proboszczowie i podrzędny kler, zaprzysiężony, po wsze czasy zwierzchnikom.


Zamiast tego oskarżają o wolnomularstwo, o liberalizm antykościelny, o odstępstwa od oficjalnych nauk kościoła, o sekciarstwo.


Biskupi, którzy zamykają usta naszym kapłanom, tak jak abp. Hojser, którzy korzystają z luksusu, tak jak wielu i którzy sankcjonują nieprawość - kompromitują się w oczach wiernych, ale jak widać, wcale im to nie wadzi. Nie przejmują się przyszłymi losami Kościoła i nie widząc dalej niż czubek własnego nosa, hołdują niechlubnej szlacheckiej maksymie: po nas choćby potop!



Czego zatem oczekujemy od duszpasterzy?


Mów, księże biskupie, o Bogu, o Jego bezgranicznej miłości do Swojego stworzenia, mów o niekrzywdzeniu i poszanowaniu drugiej istoty. Mów o prawdzie, o miłosierdziu i prawości. Nauczaj o tym skąd się bierze cierpienie i co ono może oznaczać w życiu jednostki, narodu... wspomagaj słowem i czynem potrzebujących wsparcia. Mów przede wszystkim o naukach naszego Mistrza i Nauczyciela Jezusa Chrystusa. Mów tak, żeby każdy słuchający Twoich słów, biskupie, proboszczu, księże młody, czół się otulony chwała Boga i przygarnięty, mimo swych grzesznych czynów, do jego szczodrobliwości – bo taka jest bezgraniczna miłość, jaką otrzymujemy od Stwórcy i nie ma co tego dłużej ukrywać.





                            O. Herezjan - pecador


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]